Wpisy z tagiem: laos
środa, 15 lipca 2009
Si Phan Don, to po znaczy "Cztery tysiące wysp". Terminem tym określa się wyspy na Mekongu na południu Laosu. Najbardziej turystyczne są 2 wyspy zwane Don Det i Don Kon ('don', to po laotańsku wyspa). Żeby na nie się dostać trzeba skorzystać z łodzi: W czasach kolonialnych wyspa miała znaczenie strategiczne. Otóż, na wysokości tych wysp jest uskok na Mekongu, co prawda niewysoki (bo kilka metrów), ale za to na calej szerokości kilkunastu kilometrow (co czyni go najszerszym wodospadem w Azji): Dlatego też Francuzi, aby móc transportować rzeką wszelkie dobra kolonialne do wybrzeża postanowili na wyspach zbudować kolej a na jej końcach porty. Statki przypływały do jednej wyspy, potem towar transportowano koleją, a na drugiej wyspie towar pakowano z powrotem na statki. Wyspy Don Det i Don Kon połączono mostem: Z czasów bytności tam Francuzów pozostało też parę kolonialnych budynków: A dziś wyspy to mekka turystów, dla każdego znajdzie się miejsce w hamaku na werandzie. Nasz hotel wyglądał tak: A tak wyglądał w deszczu: A życie na wyspach i tak toczy się własnym rytmem:
sobota, 11 lipca 2009
Jak już Ania pisała jaskinia Konglor to 7km rzeka płynąca jaskinią wapienną. Niestety przez większość trasy jest calkowicie ciemno, więc ze zdjęciami cieżko.... Ale częśźć jest oświetlona eletrycznie, więc parę zdjęć się znajdzie. Wejście do jaskini:
Jaskinia wśrodku (jedyne oświetlone miejsca):
Wyjście z jaskini po drugiej stronie:
Konglor to nie tylko jaskinia, ale równiez wioska przyjaskiniowa o tej samej nazwie:
piątek, 10 lipca 2009
W Laosie przeważającą religią jest Buddyzm, a mówiąc dokładniej Theravada. Mnichów można spotkać na każdym kroku. W Luang Prabang podobno jest kilkuset, ale nam wydaje się, że jest jeszcze znacznie więcej, bo widzieliśmy ich tam naprawdę wielu. W Luang Prabang mnisi codziennie rano, przed godziną 6 przechodzą boso przez miasto i dostają pozywienie od mieszkańców. Stety, niestety jest to również atrakcja turystyczna.
W Vientiane natknęliśmy się na religinje uroczystości. Uff jest jak w pralni - goraco i wilgotno. Jestesmy w Paxe. Ale zanim tu dotarsmy bylismy w stolicy kraju Vientiane - powiedzialabym ze to taka duza wies. jedyne co ja wyroznia to to, ze po ulicy jezdza same pikupy. Poza tym do zobaczenia nie ma wiele. Nastepnego dnia wyjechalismy do wsi Konglor w srodkowym Laosie. Wies gdzies na koncu swiata, ale kierowca autobusu wysadzil nas na skrzyzowaniu drog skad jeszcze 2 ciezarowkami tluklismy sie przez 80 km aby dotzrec do wsi. Na szczescie nie bylismy sami, bo w autobusie poznalismy Kate i Rodrigo z Hiszpanii i razem bylo latwiej o transport. Co 4 osoby to nie 2:). Wies Konglor lezy wsrod gor i pol ryzowych. przepiekna okolica. Sama wies to jednak biedota, az sie balam zobaczyc jak wyglada pokoj w guest hausie.I tu spotkalo mnie prawdziwe zaskoczenie - domek bambusowy na palach, mimo otaczajacego blota wydal sie byc naprawde przyjemny. dzieci po wsi biegaly nago, a kobiety wieczorem kapaly sie w rzece. Z samego rana poszlismy 1 km do jaskini. Jaskinia przeszla nasze najsmielsze oczekiwania. Byla niesamowita. Wynajelismy lodke (o dziwo w koncu gdzies ktos dal nam kapoki!!!) za jakies 12 dolarow i poplynelismy do jej wnetrza. Jaskinia jest ogromna, ma dlugosc okolo 7km, czesto zakreca. Woda wyzlobila w wapiennych skalach przepiekne formy. Jednak sam fakt plyniecia przez prawie godzine przez cala jaskinie zrobil na mnie najwieksze wrazenie, a potem jeszcze dla powtorki powrot. gdyby byla w innym miejscu juz dawno bylaby swietna atrakcja turystyczna. W poludnie ruszylismy do Paxe. I tu troche przeliczylismy, bo autobs jechal i jechal i dotarl o 24:30 w nocy. kierowca wysadzil nas gdzies przy moscie mowiac ze do centrum blisko, ale lalo tak niemilosiernie, ze nie dalo sie nigdzie isc. Cale szczescie ze niedaleko byla wiata, gdzie sie schowalismy i czekalismy z godzine az deszcz zelzal i poszlismy do centrum pzrez wymarle miasteczko. Pierwszy Guest hause byl zamkniety na 4 sputy, na szczescie kawalek dalej w innym ktos sie obudzil i nas wpuscil. padlismy spac zmordowani maksymalnie. A dzisiaj sie wyspalismy;) do 8 rano. po czym kolo poludnia pojechalismy do Champasak aby zobaczyc ruiny swiatyni ktora byla podobno wzorcem dla Ankor Watu w Kambodzy. Oczywiscie dojazd nie taki prosty raptem 32 km jechalismy godzine lokalnym busem, potem pzreprawa promem na druga strone Mekongu, a potem jeszcze tuk tukiem 12 km do ruin. Wyjechalismy troche za pozno i wracajac oczywiscie nie moglismy zlapac nic powrotnego do Paxe, ale zamachalismy na samochod bo tylko to na zostalo i zatrzymal sie od razu. Laotanczyk ktory cos tam opowiadal w dziwnym angielskim, rozumialo sie piate przez dziesiate, ale zabral nas za cene paliwa:) a poza tym razem z nim odiwedzilismy lokalny market, bo musial zrobic zakupy. heh juz chyba wiem co to sprzedaja na straganach za grilowane mieso z ogonem... juz myslalam ze to szczury, ale to takie hmm pizmaki, czy jak to nazwac... ale na targu mozna bylo je kupic dopiero co zabite jeszcze w futerach... a i byy jeszcze do kupienia roznego rozmiaru zaby:) Dzisiaj udalo nam sie tez oczywiscie przypadkiem zobaczyc mala walke kogutow, co jest oczywiscie lokalnym sportem Azji poludniowo-wschodniej. ps. brak polskiej trzcionki to wina tego, ze pisze na kompie w lokalnej kafejce internetowej. czy ktos z was widzial laotanska klawiature??? oczoplasu mozna dostac, bo na kazdym klawiszu oprocz znaku z normalnej tzrcionki sa po dwa znaki z alfabetu laotanskiego...
wtorek, 07 lipca 2009
W Luang Prabang odbywa się co wieczór nocny market, taki z pamiątkami dla turystów. Poniżej kilka zdjęć z wczoraj, jak widać, sprzedawcy przychodzą do pracy całumy rodzinami...
poniedziałek, 06 lipca 2009
Postanowilismy dzisiaj zobaczyc wodospad Kuang Si w poblizu Luang Prabang.
Niestety z powodu ostatnich deszczy zatrzymało nas drzewo:
... ale nad wodospad i tak dotarliśmy:
Poszliśmy tez na szczyt wodospadu (jeśli w ogóle wodospad ma jakiś szczyt), w każdym razie chodzi o miejsce z którego woda zaczyna spadać. Niestety z racji ostatnich wydarzen pogodowych ścieżka wyglądala tak:
No i nasze zdjęcie na znak, że naprawdę tam byliśmy:
PS. Możemy zniknąć na jakiś czas z internetu, jako że jedziemy na południe Laosu i nie wiemy jak tam z internetem.
niedziela, 05 lipca 2009
1. My czekamy na statek, a życie w Ta Suang toczy sie swoim rytmem
2. Statek przypływa
3. Na statku nuda
4. Miejscowi też czasami pływają statkiem turystycznym 5. Widoki ciekawe...
6. Statek trzeba czasami zatankować
7. Kolejnego dnia aura nie była dla nas już tak łaskawa
PS. Prosimy się nad nami nie rozczulać z powodu deszczu... My po prostu wykupiliśmy taki pakiet i deszcz jest w cenie :)
sobota, 04 lipca 2009
No i udało się dzisiejszego dnia przepłynęlismy odcinek 6,5 godzinny ze wsi Tha Suong do Luang Prabang. 6,5 godziny siedzenia na drewnianych ławeczkach swoje zrobiło;) Ale było tego warte mimo zacinajacego przez cały dzień deszczu. Mekong robi wrażenie swoja wielkością. Woda szybko w nim płynie, a teraz z racji pory deszczowej jej poziom jest znacznie wyższy i rzeka niesie wyrwane klody drzew. Ponadto w wielu miejsach widać olbrzymie wodne wiry. Dookoła rozciąga się teren górzysty pokryty lasami deszczowymi (79% terenu Laosu to góry). Teraz w porze deszczowej ich zieleń jest pzrepiękna. Co jakiś czas pojawiają sie skalne ściany. Zresztą w wielku miejscach z rzeki wystają ogromne skały. Ciekawe jak to wygląda w porze suchej?
Niesamowite:) dzisiaj kiedy jedliśmy na tarasie śniadanie nasz zamówiony słoń przyszedł ze swoim opiekunem przed zaplanowanym czasem toteż zjedlismy nasz posilek w jego towarzystwie... Niesamowite jedzenie śnaidania a obok w OGRÓDKU stoi i czeka na ciebie słoń!!! Rewelacja. Po śniadaniu moglśmy nakarmić słonia bananami. W ogórdku jest specjalne rusztowanie z którego można po głowie słonia wejść na jego grzbiet. Potem ruszyliśmy na 2 godzinna przejażdżkę sloniem do dżungli. Super sprawa!!! Prawdziwy las deszczowy na prawdziwym sloniu z dżungli, który dzisiaj zamiast pracować ciężko w lesie i zwozić drewno obwiózł nas po lesie. W okolicy tej miejscowosci w dżungli pracuje około 64 sloni. Sloń po drodze swoją trąbą zrywał gałęzie i je zjadal. Najbardziej smakowały mu drzewa akacjowe, głównie te wybierał.
Dzisiaj po południu poszliśmy na wycieczkę dookoła osady do innych wiosek. Zobaczyliśmy ludzi sadzących ryż na polach i mogliśmy podglądac ich codzienne zycie. Niesamowite było to, że na ów 2,5 godzinny spacer od Austriaczki - Moniki prowadzącej Guest house dostaliśmy mapkę zrobioną pzrez nią recznie oraz za przewodnika... PSA- Dilo. rewelacja. Pies szedl przed nami cały czas i zachowywł się jak prawdziwy przewodnik, jak tylko my byliśmy przed nim cwałował aby nas wyprzedzić i byc pierwszym. Co chwilę się zatrzymywał sprawdzając gdzie jesteśmy. W jednej wiosce nie wiedzieliśmy ktorą z 3 drog wybrać i ten pies nas zaprowadzil. Oczywiscie bezbłędnie.
Na razie widzę, że tutejsi ludzie sa bardzo sympatyczni. Tak jak parę lat temu mowil mój laotanski sąsiad w akadmiku. Przed paru laty kiedy opowiadalam mu, że w Wietnamie jest super, to on namawial mnie aby odwiedzić jego kraj, że są tu jeszcze milsi ludzie. I myslę ze rzeczywiście tak jest. Wszyscy się do siebie uśmeichają i pozdrawiają laotańkim SABADIII przeciagając charakterystycznie ostatnią literę.
|
Ostatnie wpisy
Zakładki:
Fotografia
Nasze strony
Podróż
Różności
Tagi
| |||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||