Wpisy z tagiem: Kerala
niedziela, 18 lipca 2010
Od wczoraj jesteśmy w Munnar - kolejnym mieście w Ghatach Zachodnich na naszej trasie. Region ten słynie z tysięcy hektarów pól herbacianych. Postanowilismy dzisiaj sami przejść się po plantacjach poza miastem. Kiedy o poranku wstaliśmy, pierwsze co zrobiliśmy to zerknęliśmy co tam słychać za oknem. Padało, ale nie lało, a to już sukces. Znaleźlismy ciekawą trasę i ruszyliśmy uzbrojeni w parasolki i kurtki przeciwdeszczowe. Dotraliśmy na punkt widokowy, z którego rozciągał się imponujący widok (w momentach kiedy rozstępowała się mgła) na okoliczne wgórza pokryte krzewami herbaty. Zeszliśmy na drogę kluczącą między krzewami. Trasa była fantastyczna, choć początkowo nie wiedzieliśmy czy dobrze idziemy, bo oddalalismy się od rzeki i wodospadu, pod który chcieliśmy dojść. Dogoniła nas również inna turystka, jak się okazało Francuzka samotnie podróżująca po Indiach. Ona też chciała dojść pod wodospad, toteż dalej szliśmy razem. W przerwach między deszczem, robilismy zdjęcia fantastycznych plantacji herbaty, wśród której rosły pojedyncze drzewa kardamonowca. Magii krzewom herbaty i licznym wgórzom dodawała spowijająca je mgła. Po dobrych 4 godzinach spaceru dotarlismy pod wodospad. W ogłuszającym huku wypiliśmy gorącą herbatę i wyszlismy na główną drogę, gdzie po chwili złapaliśmy autobus do miasteczka. Ponadto okazało się, że plantacje po których spacerowaliśmy w całości należą do koncernu TATA - indyjskiego potentata w branży samochodowej, telekomunikacyjnej i jak widać herbacianej również (zresztą weźcie do ręki pudełko herbaty Tetley i poczytajcie na spodzie kto ją wyprodukował). W sumie przeszliśmy dzisiaj kilkanaście kilometrów, ale było naparwde cudownie, mimo tego, że niemalże cały czas padał deszcz. I tak pogoda była dla nas dzisiaj łaskawa. Właściciel naszego hotelu powiedział, że tegoroczny deszcz to nie deszcz, rok temu to dopiero lało...
piątek, 16 lipca 2010
Rezerwat Periyar to jeden z większych w Kerali parków narowodych. Szczyci się tym, że 777 kilometrów kwadratowych powierzchi zamieszkuje w stanie naturalnym ponad 1000 słoni i prawie 50 tgrysów. Ponadto są tu bizony, specyficzne czarne langury nilgirskie oraz wiele innych rzadkich zwierząt. No i w końcu tu w Ghatach Zachodnich poczuliśmy co to indyjski monsun. Za dobrze było. Kiedy dzisiaj o 4:50 rano wstaliśmy zaczęło padać i to z chwili na chwilę coraz bardziej. No ale cóż, taka pora roku w Indiach więc i tak pojechaliśmy. Na dzisiaj mieliśmy wynajętego dżipa (indyjska Mahindra - na licencji amerykańskiego Willys'a) z kierowcą, który miał nas zabrać do do parku. Na zobaczenie tygrysa nie mielismy raczej szans, ale zależało nam aby chociaż zobaczyć tak ulubione przez na słonie. Trasa miała wieść kilkanaście kilometrów serpentynami przez teren parku do miejsca z którego mieliśmy zacząć trekking. Kiedy wjechaliśmy na teren rezerwatu zaczęliśmy bacznie wypatrywać zwierząt. Nasz kierowca zobaczył na stoku góry kilka sztuk jakichś jeleniowatych i nagle z mgły na wgórzu obok w oddali wyłoniło się stadko 6 słoni. Niesamowite i bezcenne. Właśnie były na swoim śniadaniu. I tym samym padł kolejny mit. Zawsze wydawało nam się, że słonie żyją na dość równinnym terenie. Słoń = sawanna w Afryce. A tu jest trochę inaczej, bo słonie spokojnie pomykają w górskim terenie trawiasto-drzewiastym. Potem jeszcze widzieliśmy kilka nilgirskich czarnych langurów. Dostaliśmy specjalne materiałowe ochraniacze na nogi, smieszne, bo ze stopkami, dopiero później okazało się po co te stópki są. Ich zadaniem jest ochrona przed żyjątkami. Jakimi? Ano las obfitiwał w olbrzymią ilość... pijawek!!! Nasz przewodnik co chwilę posypywał nam buty solą, a pijawki i tak co chwilę się pojawiały. Nawet ciężko je było odczepić od spodni. Toteż z pijawkami co jechały na nas na gapę, w deszczu, gigantycznej mgle i totalnym błocie leźliśmy przez las! Po co? Nie wiemy... ale było warto! Po 3 godzinach wrócilismy brudni, mokrzy i zmęczeni. Dobrze że paliło się ognisko i można było przy nim siąść i wysuszyć ubrania. Mimo mojego przygotowania podeszwa od adidasa mi prawie odpadła, co i tak nie najgorzej, bo z nami na trekkingu była para Indusów, a dziewczyna wybrała się z torebką i w klapeczkach... Taki obracek czasem można zobaczyć w polskich górach. Ale wracając... uwędziliśmy się zdrowo przy ognisku, potem zjedliśmy obiad i z żalem zrezygnowaliśmy z pływania łódką po jeziorze, gdyż wody mielismy na dziś dosyć.
środa, 14 lipca 2010
Kolejny dzień spędzamy w stanie Kerala. Różni sie od innych stanów wieloma rzeczami, a mianowicie jest tu dużo czyściej niż gdzie indziej, ponadto jest tu wielu chrzescijan i stan ten ma największy odsetek uczących się dzieci, co doskonale widać.
Spacerowaliśmy po polach ryżowych oglądając mechanizm pompy wtłaczającej wodę z kanałów na pola, a także obejrzeliśmy kościół Eliasza Chavary. W środku kościoła znajduje się dom urodzenia Chavary sprzed 250 lat, który został obudowany kościołem. Ciekawa sprawa, nigdy czegos takiego nie widzieliśmy. W kanałach mijały nas małe łódki mieszkańców, jak i tzw. 'houseboat'y' czyli łodzie, którymi można wybrać się na kilkudniową wycieczkę kanałami, jednak tak dużymi łodziami nie wpłynie sie w małe kanały. W planie byl też obiad, tym razem u ciotki naszego wioślarza. Obiad dostaliśmy na liściu bananowca - ryż z sosem mangowym, rybę, sałatkę z warzyw, papai i kokosa. Oczywiście wszystko jadło sie palcami. Praktyczny sposób - nie trzeba myć sztućców, a talerz z bananowca się wyrzuca. Do tego mieliśmy okazję zakosztować piwa kokosowego. Coś chyba naszemu browarnikowi nie wyszło, gdyż główny smak naszych napojów to były drożdże. Taki sielankowy dzionek w Indiach...
wtorek, 13 lipca 2010
Wczoraj wieczorem mieliśmy okazję zobaczyć przedstawienie Katakali. Katakali to znana głównie na południu Indii forma będąca połączeniem tańca i dramy. Aktorzy pięknie umalowani, w kolorowych strojach grają głównie mimiką twarzy i gestami dłoni. Każdy szczegół, gest, ustawienie palców, mina aktora są doprowadzone do perfekcji. Nawet białka oczu aktorzy mają czerwone, gdyż kilka minut przed wejściem na scenę zakrapiają sobie oczy wyciągiem z kwiatów, który taki kolor powoduje. Jako fabułę służą tradycyjne teksty hinduskie takie jak Ramajana, Mahabarata i Puranas. Jako, że teksty hinduskie są bardzo obszerne, widzowie podczas godzinnego przedstawienia oglądają tylko małą część jakiejś opowieści, która fabułą obejmuje mniej więcej jeden rozdział współczesnej książki. Przyszliśmy do teatru już półtorej godziny przed przedstawieniem i obserwowaliśmy jak aktorzy malują sobie twarze, nastepnie główny śpiewak zrobił krótkie wprowadzenie w temat samej formy Katakali i dopiero później przeszliśmy do godzinnego przedstawienia właściwego. Muzyka cały czas grana była na żywo przez jednego bębniarza oraz wspomnianego już śpiewaka, który imitowal ustami jak również innymi instrumentami perkusyjnymi pozostałe dżwięki warstwy muzycznej przedstawienia.
poniedziałek, 12 lipca 2010
Nad ranem przyjechaliśmy do Fortu Koczin - obecnie jest to mała dzielnica wielkiej, kosmopolitycznej aglomeracji Ernakulam - Koczin. Po raz kolejny wysiedliśmy z pociągu przed piątą rano i o 5:10 byliśly już na przystani promowej - wszak Fort Koczin znajduje się na wyspie. Za 2,5 rupii przeplyneliśmy zatokę i przed 6 rano zaczęliśmy szukać noclegu.
Sam Fort Koczin kiedyś był bardzo ważnym miastem na szlaku statków kolonialnych. Znajduja się tu pozostałości po Portugalczykach, Holendrach i Anglikach. Tu umarł sam Vasco da Gama. Obecnie są to senne uliczki, w których można sobie odpocząć przed dalszą drogą wgłąb Indii Południowych. |
Ostatnie wpisy
Zakładki:
Fotografia
Nasze strony
Podróż
Różności
Tagi
| |||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||