Wpisy z tagiem: indonezja
piątek, 03 października 2008
Nadszedł czas aby udostępnić trochę zdjęć z wyprawy. W sumie zrobiliśmy 2600 zdjęć, kilkaset z nich można obejrzeć w tej galerii.
czwartek, 31 lipca 2008
Jak mówi powiedzenie: i wszystko co dobre musi się skończyć... tak i my wczoraj wczesnym rankiem po 35 godzinach powrotu dojechalismy do Krakowa. wielogodzinny powrot oraz roznica czasu dały nam się wczoraj ostro we znaki. Teraz już wiem ze lepiej skracać dobę niż ją wydłużać. 30 godzinna doba to totalne zmęczenie. No a teraz trzeba wrócić do codzienności, choć zaczną się opowieści z wyjazdu i pokazywanie zdjęć, a jest tego trochę... około 2500. na poczatku bloga pisałam, iż mottem indonezji jest JEDNOŚĆ W RÓŻNORODNOŚCI i po miesiecznym pobycie w tym kraju, hasło to sprawdza się w 100%. Do tej pory nie wdzialam tak różnorodnego kraju pod wzgledem ludzi, kultury, religii, krajobrazów, roślinności. Prawdziwy tygiel róznorodności nadajacy temu krajowi smak oryginalności. Zobaczyliśmy tylko część Indonezji, podczas jednego wyjazdu nie da się tam zobaczyć wszystkiego, więc zapewne za jakis czas wybierzemy się w kolejna podróż do Indonezji, aby zobaczyć kolejne wyspy tego kraju o całkowicie odmmiennym charakterze. toteż... SAMPAI BERTEMU LAGI INDONESIA... Do zobaczenia wkrótce Indonezjo...
czwartek, 24 lipca 2008
Witamy znowu z Bali.. Przylecielismy tutaj samolotem z wyspy flores... co ciekawe nasz wylot byl planowany na 16:45, ale kazano nam przyjsc wczesniej bo... samoloty lubia odlatywac WCZESNIEJ. no i przybylismy wczesniej i cale szczescie bo nasz samolot rzeczywiscie polecial o grubo ponad godzine wczesniej niz bylo na bilecie... czyli indonezyjski czas i tyle;) Co do tego czasu jak nas nie bylo w sieci. to w zyciu nie mialam takiegostracha jak w wiosce wielorybnikow. plywanie lodeczka o dlugosci 10 metrow i szerokosi 1,5 to naprawde niezla jazda. 10 wielorybnikow na lajbie, fale dosc spore, a ja snulam czarne wizje utoniecia na morzu... na dodatek 6 godzin to trwalo. tak sie kurczowo przez pierwsza godzine trzymalam belki ze nastepnego dnia mialam niezle zakwasy w meisniach rak. ale coz chcialo sie poplynac to sie ma;) kiedy strach jako tako przeszedl okazalo sie ze na horyzoncie plynie wieloryb i znowu panika zaczna na niego polowac? wieloryb wielki jak nasza lodka, kolejne czarne wizje wywrotki i utopienia sie... ale dzieki bogu byl to blekitny wieloryb ktory wystepuje w legndach mieszkancow tej wsi i na niego sie nie poluje ufff. chociaz jak wielorybnicy zaczeli polowac na cos co nazwali PARI, a w oczach mieli zew lowcy, a harpunnik skakal do wody aby upolowac to cos, to oczywiscie kolejny strach mnie oblecial. potem okazalo sie ze pari to wielka plaszczka manta. a jak wrqacalismy totrzeba bylo u brzegu sposobem pokonac 3-4 metrowe fale, ktore lodke zmienilyby w proch. ale wielki szacunek dla tych wielorybnikow znaja sie na morzu. poza tym w calej wsi na ruztowaniach suszy sie mieso miedzy innymi z kilku wieorybow ktore zlapano w maju. a wracajac do czasu obecnego... ostatnie dni w Indonezji. czas strasznie syzbko ucieka. teraz pzebywamy w ubud w srodkowej Bali, zwiedzamy okolice (tudziez okoliczne sklepy z pamiatkami), a jutro mamy wynaja samochod i pojechac miedzy innymi pod wulkan Agung. no i jedlismy dzisiaj DURIANA.... śmierdzi jak z kanalizacji, nawet zapakowany przeze mnie w 8 REKLAMÓWEK!!! masakra. Aby go zjeść udaliśmy się na pola ryzowe. Smak rzeczywiście słodkawy i da się go zjeść mimo tego zapachu.
wtorek, 22 lipca 2008
Okazuje sie, ze Flores jest bardziej dzikie niz nam sie wczesniej wydawalo. Cywilizacja nie wszedzie tu siega, bardzo czesto prad byl tylko przez kilka godzin dziennie dostarczany z generatora, a o internecie nie bylo co mazyc. No ale juz wracamy na Bali, wlasnie jestesmy w Maumere, a za kilka godzin mamy samolot do Denpasar. A co porabialismy przez ostatnie 2 tygodnie? Z Labuangbajo na 7 dni (po 6 dniach kierowca uciekl) wynajelismy samochod i nim przejechalismy pnad 900km odwiedzajac po kolei:
Z Larantuki poplynelismydrewnianym promem (4h) na wyspe Lembate do miejscowosci Lewoleba, stamtad ciezarowka (kolejne 4h) do Lamalery - wioski wielorybnikow. Tam spedzilismy prawie 3 dni, wyplynelismy na 7 godzinny polow z rybakami. Widzielismy wieloryba, kilka delfinow, kilka latajacych ryb. Niestety, a moze na szczescie naszym rybakom nie przyszlo do glowy zapolowac na wspomniianego wieloryba, a proba zlowienia kilku mant sie nie udala. Wczoraj pracalismy do Maumere, tzn. w Lamalerze pobudka o 3 nad ranem, 4h ciezrowka, 4h drewnianym promem i kolejne 4 w autobusie. Tym razem koncze juz wpis, ale obiecuje ze wspomniane miejsca znajda swoje 5 minut na blogu i beda opisane w pozniejszym terminie wraz ze zdjeciami. Pozdrawiam/Pawel
czwartek, 10 lipca 2008
9-10 lipiec Witamy z wyspy Flores. Drugie podejscie do lotu z Bali na Flores udalo sie bez problemu, lecielismy malym samolotem na niespelna 50 osob. lotnisko wLabuanbajo... to kosmos... doslownie barak, gdzie bagaze sa rozdawane z plyty na schodach tego baraku. 2 mlodych chlopakow wyladowuje bagaze do wozkow po czym pchaja je pod barak, ale nie wyrabiaja i wozek zjezdza im w trawe. chichoczac z powrotem spychaja wozek an walsciwa droge...wesolo ze hej. z lotniska zabiera nas wesoly afro-czlowiek do centrum hotele pelne bo jutro ma przyplynac statek ktory zawija tu raz na 2 tygodnie iprzewozi nawet 2 tysiace ludzi. ladujemy w hotelu za maistem obskurnny i drogi... sa w nim nasi przyjaciele KARALUCHY.rano kolo 6 slychac zawijajacy statek do portu. co sie dzieje w porcie to pzrechodzi ludzkie pojecie setki ludzi, tobolow towarow....rano jedziemy an Rince wyspe z waranami. jest ich troche fajne zwierzeta ale nei chcialabym spotkac takiego trzy metrowego potwora na wlasnej drodze, spotykamy malpy, wodnebawoly (przysmak waranow) i jelenie timorskie. fajna wycieczka tym bardziej ze na Rince plyniemy ponad 2 godziny ladzia. w meidzy czasie mamy snurkowanie i zbieranie muszli. wracamy do Luangbajo i w drodze powrotnej znowu widzimy jak pare dni temu delfiny. dzisiaj zmieniamy hotel na tanszy, a jutro ruszamy na podoboj Flores wynajetym na 7 dni samochodem. zobaczymy jak dalej bedzie z netem. aha w Labuanbajo jest polski ksiadz ale chwilowo jest w innej miejscowosci i nie udaje sie nam z nim spotkac. aha ciekawostka.. koty w Indonezji maja ogony o roznej dlugosci.... czy to jakas skaza genetyzna?????? niektore maja wrecz marne kikuty, a pytalismy na 100% im nie obcinaja... pozdrowienia dla wszystkich!!!
wtorek, 08 lipca 2008
W tym miejscu miał być wpis z Flores z miasta Labuangbajo. Ale nie jest... bo nas tam nie ma, nadal jesteśmy na Bali. Po przyjściu rano na lotnisko okazało się, że nasz lot został odwołany, niby z powodów technicznych. Na szczęście okazało się, że polecimy jutro o 14tej. Na osłodę linie lotnicze fundują nam nocleg w hotelu wraz z wyżywieniem. Zbytnio nie protestowaliśmy. Strona hotelu: http://www.goodwaybali.com/ Zatem co tu więcej pisać... Czas na kąpiel :)
poniedziałek, 07 lipca 2008
6 lipiec - dzien kodycyjny w Lovinie. Plaza, morze, jedzonko w restauracjach, internet, obijanie na maksa, w koncu trzeba na chwile odpoczac. 7 lipiec. wstajemy znowu wczesnie rano. 5;30, o 6 wyplywamy dlubanka w morze, a z nami dziesiatki innych lodzi. bedziemu podziwiac delfinki. Gdy kupowalismy wycieczke gosc w agencji zapewnial ze jak nie zobaczymy delfinow to oddaje polowe kasy. wyplywamy o swicie. plynie sie fajnie. delfinow narazie nie ma. Lodzie kraza to tu to tam. I w koncu sa!!! wyskakuje cale stadko do gory pare razy i znika pod woda, a wszytskie lodzie wlaczaja silniki i w pogon za delfinami... gdzies znowu sie pojawia... i tak przez godzine. stadek delfinow jest troche, ale komicznie wyglada to jak ladzie pedza w te strone gdzie sie pokazuja delfiny. Sa super, w pwnym momencie nawet kilka wyskakuje przy naszej lodzi.Po 2 godzinach wracamy do hotelu, jemy snaidanie i wyjezdzamy wynajetym samochodem przez centralna Bali na poludnie do Kuty skad jutro lecimy samolotem na Flores. po drodze zatrzymujemy sie w roznych swiatyniach hinduistycznych, nad wodospadem, jeziorami, w goracych zrodlach, plantacji kawy. za oknem podziwiamy terasy pol ryzowych, las deszczowy, plantacje GOZDZIKOW(!!!), kakaowcow... cos pieknego.Na dodatek trafiamy w jedenj z miejscowosci na wesele, a winnej na zbiorowy pogrzeb kilkunastu osob. to dopiero uroczystosci. doslownie na pogrzebie setki osob poubierani w stroje niosacy bogom dary. cos niesamowitego.Zreszta bali jest jak jedna wielka swiatynia.... nie wiadomo gdzie zaczyna sie domoswo a gdzie konczy swiatynia, wszedzie jest religia. Poznym wieczorem dojezdzamy do Kuty... a tu inny swiat. to tutaj przyjezdza caly swiat do kurortow. na ulicach najlepsze sklpey, restauracje wszytsko wygladajace na najlepszy polysk... tylko ceny duuuuuzo nizsze od tych np w Polsce. Zaraz z pawlem idziemy wypic drinka mojito, ktory jak zauwazylismy kosztuje tutaj... 3 dolary!!! ps. a w naszym hotelu za 10 dolarow za pokoj... odjazdowy basen... wskocze tam jak wrocimy;)
niedziela, 06 lipca 2008
Gdy jesteśmy na dnie krateru, to wrażenia są niesamowite. Czujemy się jak w piekle. Otwór z którego wydobywa się najwięcej siarkowych oparów polewany jest wodą z gumowych węży, co chyba ma prowadzić do krystalizacji siarki. Co chwilę jakiś robotnik zanika w kłębach oparów. Kiedy z nich się wyłania pluje, kaszle. Pracuje bez jakiejkolwiek maski. Robotnik przeprowadza nas przez opary, coś okropnego, szczypie w oczy nic nie widać na metr. Zapach, a właściwie odór jej jest okropny, przed dosłownie wymiotami powstrzymuje nas zagryzanie materiału i zasłanianie nosa. Schodzimy pod zielonkawe jezioro siarkowe. Co chwile zawiewa siarką i musimy znowu zagryzać materiału. W między czasie zbieram fragmenty siarki do woreczków. Wytrzymujemy tylko 15 minut. Wracając tez kaszlemy, przesiąkneliśmy cali siarką. W drodze do góry na krawędź krateru, robotnik mówi nam że za 1 kg siarki otrzymują 500 Rp, przy około 80kg za jednym razem daje to 40000 Rp czyli 4,5 dolara!!! Robotnik taki 2 razy w ciągu dnia schodzi do krateru, czyli dziennie może zarobić około 9 dolarów za tak katorżniczą pracę.
Po 4 godzinach wracamy do naszego busa, który wiezie nas na sam wchód jawy, gdzie mamy wsiąść na prom na Bali. Po drodze mijamy plantacje kawy, drzew kauczukowca, trzciny cukrowej. O 12 odbijamy z Jawy i przez pół godziny płyniemy na Bali. Zmieniamy czas na +6 godzin do tego co jest w Polsce. Tutaj wsiadamy do busa i po około kilkunastu km wysiadamy w Parku Narodowym, gdzie idziemy na 2 godzinna wycieczkę do lasu monsunowego, podziwiamy zarośla drzew namorzynowych w morskiej wodzie, wypatrujemy małp, które upodobały sobie okolice hinduskich świątyń, bo tutaj ludzie zostawiają ofiary z jedzenia z których skrzętnie korzystają małpy. W ogóle zmiania się teraz kultura. Jawa była muzułmańska, a Bali jest hinduistyczna, wszędzie w każdym domku na podwórku jest mini świątynka. Wsiadamy do busa i po 1,5 godziny jesteśmy w Lovinie.
3 lipca wyjedzamy w kierunku wulkanu Bromo przed nami cały dzień jazdy przez środkowa Jawę,Zaczyna się od pękniętego koła, potem auto nie chce zapalić więc trzeba je pchać. Ruch niesamowity takiej ilości samochodów w życiu jeszcze nie widziałam. Sznury aut ciągną nieprzerwanie w obu kierunkach. Nasz kierowca jedzie jak wariat- środkiem, poboczem no i przeciwnym pasem ruchu często w ostatniej chwili wracając na swój pas unikając zderzenie z autem z przeciwka.Po 12 godzinach wyczerpującej jazdy docieramy do miejsca gdzie zmienia się kierowca i wjeżdża w górzystą drogę, gdzie ruch maleje, droga kręta, spada temperatura. W koncu dojeżdżamy pod hotel ale nie ten który zakupilimsy wraz z wycieczką. W sumie to nie problem bo ten hotel w ofercie był 2 razy droższy. Przez moment myślimy że zaszła pomyłka że w tym hoteliku mieli nocować Niemiec i rodzinka z Francji którzy jechali z nami busem. Hotel powitał nas iście górskim klimacikiem, zarówno pod względem temperatury tylko 14 stopni, jak i wyglądem hotelu. Co ciekawe mimo w sumie wysokiej temperatury to miejscowi ludzie poubierani byli w puchowe kurtki!!! 3:30 pobudka, po 4 godzinach snu. Po ciemku zostajemy zapakowani do jeepa. Jedziemy znowu krętą i wąską drogą cały czas do góry. Za oknem praktycznie nic w ciemnościach nie widać. Ubrani jesteśmy na cebulkę. Dojeżdżamy pod szczyt widokowej góry, a tam już dziesiątki jeepów. Wieje nie z tej ziemi, czuc zimno, ale bez przesady nawet tutaj można obyć się bez puchowej kurtki. Podchodzimy pod szczyt tłum ludzi czeka na wschód słońca, my szukamy tych wulkanów, ale tam gdzie słońce ma wzejść wulkanów nie ma. Rozglądamy się, są z innej strony, ale tam dużo mniej ludzi. Jest 5 rano, na horyzoncie zaczyna powoli świtać, niebo nabiera kolorów. Wiatr dookoła miota wulkanicznym pyłem. Coraz bardziej widać wulkany m.in. Bromo i największy wulkan Indonezji Semeru. Oba aktywne. Z Bromo cały czas wydobywają się opary gazów, natomiast co około 20 minut opary wyrzuca Semeru.Słońce wychodzi , a Wulkany zaczynają pod jego wpływem kolory. Kiedy słońce wschodzi cześć zagranicznych turystów gównie Japończyków udaje się z powrotem na dół. Nie interesują ich wulkany czekali tylko na malowniczy wschód słońca. My podziwiamy krajobraz do godziny 6 rano, iście księżycowy, nadający się na scenerie do jakiegoś fantastycznego filmu. Potem jeep zabiera nas na wulkan Bromo. Idziemy po czarnym wulkanicznym piasku, pokonujemy 260 stopni na krawędź wulkanu i po 30 minutach możemy zajrzeć do wnętrza krateru i poczuć woń wydobywających się z wnętrza oparów siarkowych. Co tu dużo mówić, jak zawieje to śmierdzi jak diabli. Wracamy do hotelu zabieramy rzeczy i jedziemy w stronę wulkanu Ijen we wschodniej Jawie. Jest już rano i widno więc możemy podziwać okolicę. Każdy skrawek wulkanicznego terenu wykorzystany jest pod uprawę. Na żyznej wulkanicznej glebie ku mojemu zdziwieniu rośnie najwięcej… cebuli!!! Po godzinie jazdy zostajemy wyrzuceni w punkt przesiadkowy wszystkich wyjazdów i przepakowani do innych busów. Tym razem jedziemy z 4 osobową rodziną z Niemiec. Po drodze mijamy plantacje trzciny cukrowej, bananów, pola ryżowe. Muzułmanie w Indonezji nie chodzą raczej w dżeabijach tylko w koszulach i kawałka materiału przepasanego niczym spódnica. Wjeżdżamy w obszar górski, co chwilę mijamy plantacje drzew z których pozyskiwana jest żywica, oraz plantacje kawy. Prawie już zmierzcha wiec w przeciwnym kierunku wracają ciężarówki wypełnione po brzegi z ludźmi którzy wracają z plantacji do domu. W końcu za oknem krajobraz dziczeje wjeżdżamy w prawdziwy deszczowy las strefy równikowej. Gęsty, ciemny, z kolorowymi kwiatami, drzewiastymi paprociami i w ogóle wysokimi drzewami. Po ciemku trafiamy do hotelu, a po szybkiej kolacji idziemy do pobliskiej fabryki przerabiającej kawę. Poznajemy proces jej tworzenia. Od czerwonych kulek świeżej kawy, poprzez luskanie ziarenek, jej 36 godzinną fermentację i suszenie na placu na słońcu przez 18 dni. Okazuje się że to co każdemu z nas kojarzy się z kawą czyli jej zapach i aromat to prażone ziarna. Przez cały proces powstawania kawy, zapachu nie ma. Grunt to prażenie. O 22 idziemy spać, bo jutro znowu pobudka o 3:30.
sobota, 05 lipca 2008
Ostatnie 3 dni nie nalezaly do tych kiedy to sie lezy do gory brzuchem. 3 lipca o 10:00 wsiedlismy w Yogyakarcie do busa i pojechalismy na wschod w kierunku wulkanow Bromo i Semeru. Mimo tego, ze kierowca bardzo sie spieszyl, wyprzedzal na 3go lamal wszelkie mozliwe przepisy drogowe podroz zajela nam prawie 12 godzin. Juz po 21 zainstalowalismy sie w pieknym gorskim hotelu o nazwie Yoshi, a niespelna pare godzin pozniej o 3:30 wstalismy po to, aby o 4 wyjechac dzipem na szczyt gory z ktorej mielismy podziwiac piekny widok wulkanow Bromo i Semeru. Widok rzeczywiscie byl niczego sobie, zreszta jak sie uda to sprobujemy wrzucic na strone pare zdjec.... jak sie uda:) Poki co moge tylko napisac ze widzielismy mniej wiecej to co na zdjeciu na gorze naszego bloga. Ale idzmy dalej... Wrocilismy dzipem do hotelu po to aby wyjechac kolejna kilkugodzinna trase na Wschod Jawy do plantacji kawy Ijen. Dotarlismy okolo 19tej, szybki obiad (kolacja?) do lozeczka i pobudka o..... o 3:30, a jakze. Tym razem wjechalismy w okolice kolapni siarki Kawah Ijen, 1,5 godzinny spacer i bylismy na kraterze wulkanu. Prom na Bali plynie godzine wiec po poludniu zdazylismy jeszcze odwiedzic las monsunowy oraz porobic fotki drzewom namorzynowym no i tak dotarlismy do momentu w ktorym siedze w kafejce internetowej i pisze ten wpis. A jutro nie robimy nic, po prostu..... Do nastepnego napisania! |
Ostatnie wpisy
Zakładki:
Fotografia
Nasze strony
Podróż
Różności
Tagi
| |||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||