Kategorie: Wszystkie | opowieści Ani | opowieści Pawła
RSS

opowieści Pawła

niedziela, 14 sierpnia 2016

Okazało się, że przez ostatnie 2,5 tygodnia byliśmy w innej Japonii. Tej normalnej... Aż sie dziwiliśmy że w Hakacie, Hiroszimie, Kioto, Sapporo jest jakoś tak swojsko: zwykli ludzie, rodziny, osoby starsze, młodzież. Szczytem ekstrawagancji byli właściciele psów, którzy wozili swoich pupili w wózkach dziecięcych, nosidełkach na brzuchu, specjalnych torbach. Ale to wszystko. Poza tym nic... Wszystko zmieniło się jak wjechaliśmy do Tokio. Pierwszego mężczyznę po damskich butach na obcasach widzieliśmy jeszcze na stacji, zaraz jak wysiedliśmy z shinkansena, jeszcze zanim dojechaliśmy pociągiem podmiejskim do naszego mieszkania.

Widać tu dużą różnice w porównaniu z resztą kraju. Nawet na zwykłym spacerze od czasu do czasu przemknie jakieś dziewczę w stroju lolity, pan z pokemonem w kapciu na smyczy, lub osoba w ubraniach płci przeciwnej.

Widać też tendencję wsród normalnie ubranych dziewcząt i kobiet do noszenia za dużych butów. Podobno tak jest "kawai" czyli milusio. Taki tu kanon piękna.

Pojechalismy dziś na poszukiwanie takich indywidualności. Najpierw odwiedziliśmy dzielnicę Akihabara - i znajdujące się tak tak zwane electric city, czyli sklepy z elektroniką o dużym zagęszczeniu ich ilości na małym obszarze. Elektronice towarzyszą gry komputerowe, a z nimi komiksy i cała popkultura związana z mangą i anime. Spodziewaliśmy się, ze co druga dziewczyna tam będzie przebrana, okazało sie jednak, że nie było ich aż tak dużo. Dużą cześć z nich stanowiły hostessy zapraszające do kawiarni, gdzie cały personel ubrany jest w lolicie ciuszki. Z zaproszenia nie skorzystaliśmy.

Z Akihabary pojechaliśmy do dzielnicy Harajuku, gdzie według podań i legend, a także internetu miały się spotykać osoby ubrane w stroje z epoki wiktoriańskiej, tzw. "gothic lolita", niestety oprócz rzeszy nastolatek biegnących do pobliskiej hali sportowej na koncert tutejszego bożyszcze, za wiele gothic nie widzieliśmy. Dzień zakończyliśmy ponowną wizytą na skrzyżowaniu w Shibuya, gdzie dziś było jeszcze więcej osób niż w piątek. Wyglądało to tak, jakby całe Tokio przyjechało tu dziś na zakupy.

Jutro wieczorem już wracamy, wiec jak sie uda to wpisik jakiś będzie z lotniska. Oczywiście przy sprzyjających wiatrach i dostępie do internetu...

 

czwartek, 11 sierpnia 2016

 Jak ktoś wam powie słowo „Sapporo” to jakie macie pierwsze 2 skojarzenia? Wiem: skoki narciarskie i piwo, nie jestem tylko pewien w jakiej kolejności!

Otóż dziś doświadczyliśmy obu tych atrakcji… Ale po kolei. Rano pojechaliśmy do muzeum sportów zimowych w Sapporo. Wszak odbyła się tu olimpiada zimowa w 1972 roku (medal Fortuny to wtedy?). Muzeum znajduje się przy skoczny narciarskiej Okura i właśnie ona zwróciła nasza największa uwagę. Na skoczni odbywał się właśnie trening juniorów, zarówno chłopców jak i dziewcząt. Można było popatrzeć jak skaczą i to z różnych stron, nawet z tarasu tuz nad belką startową. Skocznia robi ogromne wrażenie, zresztą zobaczcie na zdjęciach.

W samym muzeum w porównaniu ze skocznią niewiele. Najfajniejszy okazał się tor to curlingu, na którym zagraliśmy jedną rundę, oraz symulator skoków narciarskich, gdzie osiągnąłem wynik 134m. Niezły jak na pierwszy raz co! Zwłaszcza, ze Okura ma punkt K=120m.

Po południu pojechaliśmy do muzeum piwa, a zaraz po nim do parku Odori w centrum Sapporo, gdzie do 15 sierpnia odbywa się festiwal piwa. Właśnie stoją przed nami 2 kufle Asahi, ale obok są namioty piwa Kirin, Sapporo, a nawet piw niemieckich, które jednak nie cieszą się dużą popularnością. Może cena odstrasza, bo kufel Paulanera to wydatek ponad 1000 jenów, a piwa japońskie są tańsze prawie o połowę.

Jutro już opuszczamy Hokkaido. Rano wsiadamy do pociągu na południe i tuż po 15tej 1200 kilometrów dalej przywita nas Tokio.

Skocznia Okura i skoki narciarskie

Muzeum piwa

Najstarsze piwa Sapporo 

Probki piwka

Letni festiwal piwa w Sappor

 

poniedziałek, 08 sierpnia 2016

Wczoraj wieczorem przyjechaliśmy do Sapporo. Niestety może być drobny problem z naszymi wpisami, bo tam gdzie mieszkamy go nie ma… Wczoraj pokonaliśmy 1700km w rekordowym czasie 11 godzin i dojechaliśmy na wyspę Hokkaido, gdzie jest Sapporo. Dzisiaj od rana jeździliśmy po okolicy, najpierw odwiedziliśmy kolejną destylarnię whisky w Yoichi, potem na chwilę zawitaliśmy do Otaru, aby późnym popołudniem wrócić do Sapporo i się tu pokręcić. Hokkaido to całkiem inny świat niż główna wyspa Japonii – Honsiu. Tutaj zdecydowanie jest ZIELONO!!! I pachnie tez inaczej i w ogole jest więcej przestrzeni.

 

 

 

 

 

 

 

czwartek, 04 sierpnia 2016

Jak pamiętacie nasz plan podróży, w planach mieliśmy wizytę w fabryce Toyoty w Nagoja. Jak jednak zaczęliśmy szukać informacji jak tam dojechać z Kioto, okazało się, ze szybciej, prościej (mimo że dalej) będzie nam dojechać do innej fabryki samochodów a mianowicie do Mazdy w Hiroszimie. Szybko zmieniliśmy rezerwację (konieczna w obu fabrykach) i dziś o 7:20 siedzielismy już w shinkansenie jadącym do Hiroszimy (w której zresztą byliśmy kilka dni temu). Na przedmieściach Hiroszimy znajduje się siedziba Mazdy, oraz jednocżesnie jedna z większych fabryk tego koncernu na świecie. 

O 10 zaczęła się wycieczka. Najpierw przewieziono nas autobusem po zakładzie, który zajmuje kilkaset hektarów i ma 7km długości. Na terenie fabryki znajduje się kompletna linia produkcyjna, biura projektowe, mieszkania dla pracowników, szkoła dla przyszłych pracownikow, szpital, port morski (gdzie samochody od razu pakowane są na statki, zarówno te przeznaczone na rynek japoński jak i światowy) oraz najdłuższy most nad zatoką morską znajdujący sie w prywatnych rękach (580m długości). Pracowników po zakładzie rozwożą rownież autobusy, w sumie na terenie zakładu znajduje się 29 przystanków.

Muzeum do którego nas zawieziono znajduje się niemalże na końcu terenu, wiec wstęp maja tam tylko wycieczki zorganizowane, podobne do naszej. Najpierw pokazano nam film o historii koncernu, następnie mieliśmy okazję zobaczyć wiele historycznych modeli samochodów, które szczególnie zapisały się w historii marki. Wiele uwagi poświecono silnikowi z tłokiem obrotowym (tzw. silnik Wankla, który był produkowany do 2012 roku, a obecnie trwają prace nad takim silnikiem ale napędzanym wodorem). I na koniec naszej wycieczki doswiadczylismy tak zwanej wisienki na torcie, czyli wizyty na linii produkcyjnej. Turyści mogą oglądać oczywiście tylko fragment linii, akurat na naszych oczach pracownicy montowali elementy wnętrza samochodu, pasy bezpieczeństwa, deski rozdzielcze, plastiki, kable. Wszystko w wolno poruszających się samochodach jadących na kilkusetmetrowej taśmie.

Co nas najbardziej zdziwiło, to że akurat ten fragment produkcji, który widzieliśmy wykonywany był w dużej części ręcznie, automatyczne były jedynie wózki dowożące części do montażu w konkretnych samochodach, które trochę niczym zombie poruszały się po zakładzie bez kierowców. Jedynie szyby montowały roboty, ale tylko te większe, bo małe szybki za tylnymi drzwiami rownież wkładano i klejone ręcznie. Drugą dziwną rzeczą był fakt, ze na jednej linii montowano rożne marki i modele samochodów, praktycznie nie był sytuacji, ze 2 takie same modele jechały jeden za drugim. Za Mazdą roadster (w Europie MX-5) potrafiła jechać CX-3, a za nią o dziwo (i) Fiat 124 Spider, który też tam był montowany (to zdziwienie nr 3).

Kolejny fakt, którego nie byłem świadomy wcześniej, to ze w odróżnieniu od Toyoty, która na rożne rynki wypuszcza całkowicie rożne modele samochodów, Mazda w swojej ofercie ma jedynie kilka modeli i są one dostępne na większości rynków praktycznie bez modyfikacji, co najwyżej pod inną nazwą (patrz ostatnie zdjęcie, gdzie Mazda 6 tu nazywa się Atenza).

Największa szkoda, że na linii produkcyjnej nie wolno robić zdjeć, i zakaz ten jest dosyć mocno przestrzegany. Zatem zdjeć stamtąd nie będzie, niemniej mam nadzieję ze choć trochę zachęciliśmy.

 

Po wycieczce w fabryce mieliśmy jeszcźe na tyle czasu, ze starczyło na przystanek w Himeji. Znajduje się tam jeden z niewielu drewnianych zamków w Japonii, który stoi do dziś od czasów historycznych (pozostałe to zazwyczaj rekonstrukcje). Nie ucierpiał nawet podczas wojny, podobno był zamaskowany ciemnymi kolorami, dzięki czemu nie był widoczny z powietrza podczas bombardowań. Kilka lat temu przeszedł kompletną renowację, dzięki czemu teraz swieci jeszcze większym blaskiem. Zobaczcie sami.

środa, 03 sierpnia 2016

Pamiętacie film "Miedzy słowami"?

Tam Bill Murray przyjechał do Tokio, aby nagrać dla Japończyów spot reklamujący japońską whisky. 

Okazało się, że firma Suntory naprawdę istnieje i na dodatek jest największym producentem whisky w Japonii. Zastanawiacie się pewnie, skąd whisky w Japonii? Otóż tak się składa, ze trunek ten jest tu bardzo popularny, a co lepsze tutejsze produkty należą do czołówki światowej. Trudno mówić o zwycięzcach, jeśli w grę wchodzi smak, niemniej zdarzały się konkursy ogólnoświatowe, gdzie japońskie whisky wygrywały. A co ciekawsze, japońskiej whisky jest bliżej do trunków szkockich, niż na przykład amerykańskiej whiskey, czyli burbonom. Burbon jest robiony z kukurydzy, whisky z jęczmienia, zarówno szkocka jak i japońska. Ponadto tutejszy wilgotny klimat tez ma wpływ na jakość tutejszych wyrobów.

Tak samo jak w Szkocji, w Japonii znajdziemy whisky mieszane (blended) oraz single malt.

Jedna z destylarni whisky należąca do koncernu Suntory znajduje się tuż pod Kioto, w miejscowości Yamazaki, co okazało się doskonałą okazją aby tam pojechać. Zresztą nie był to przypadek, wizytę tą planowaliśmy od dawna, od dawna też byliśmy zapisani na wycieczkę po zakładzie produkcyjnym.

Wycieczka okazała się strzałem w dziesiątkę. Najpierw pokazano nam jak wygląda proces w teorii, a następnie odprowadzono po zakładzie, gdzie mogliśmy zobaczyć wszystkie procesy powstawanie whisky, czyli fermentację, destylację oraz leżakowanie. 

Ostatnim punktem programu była degustacja. Mieliśmy okazję spróbować 3 rzadkich trunków, wszystkie z rodzaju single malt. Ilości były dosyć konkretne, szczególnie, że pora konsumpcji poranna, a za oknem temperatura sięga 30 stopni.

 

I tak lekko zawiani pojechaliśmy oglądać bramy tori w Inari, które rownież przedstawiamy poniżej.

Ps. Z whisky w Japonii to jeszcze nie koniec. Za tydzień na Hokkaido mamy w planie zobaczyć destylatnię Nikka.

piątek, 29 lipca 2016

Od rana jesteśmy w Fukuoce - mieście na północy wyspy Kiusiu.

Przypłnęliśmy tu dziś rano promem z Busan. Sama podróż już była ciekawa, gdyż jak wspomniałem wybraliśmy statek zamiast samolotu. Okazało sie, że byliśmy jedynymi białymi na całym promie, reszta to Koreańczycy, Japończycy i Chińczycy. Sam prom japoński, wiec i po japońsku był urządzony. Co rusz to automat z napojami, sala do karaoke, a do bufetu można było pójść po uprzednim wybraniu i opłaceniu w automacie co chcemy zjeść. Nawet jedyną lazienką jaka była, była prawdziwa japońska łaźnia w stylu onsenu, czyli na golasa szorujemy sie do czysta i wskakujemy nago do basenu z gorącą wodą. Armator przybrał ciekawą metodę obsługi turystów, gdyż na prom wsiedliśmy o godzinie 19:30, a dopiero o 22:30 statek wyruszył z Busan. Przez te 3 godziny pasażerowie zdążyli swoje zjeść i wypić, a większość nawet do tego czasu już wykąpana leżała grzecznie w łóżeczkach.

Płynęlismy klasą drugą wiec w 12 osobowej sali mieliśmy posłania na podłodze. Niemniej wyspaliśmy sie całkiem dobrze, zresztą od 5 rano prom stał już w porcie Hakata, ale wypuszczono nas dopiero po 7 jak pasażerowie zostawili pieniądze w bufecie jedząc śniadanie.

Caly dzień spędziliśmy na spacerze po Fukuoce a dokładniej Hakacie, gdzie doswiadczylismy trochę zabytków w postaci kilku świątyń, ale odwiedziliśmy też tzw. Canal City, czyli duże centrum handlowe.

Jakie są nasNewly repainted rooms, shared squats a little whiffy. Marked ‘Heloo Welcom Youth Hostel’. Read more: http://www.lonelyplanet.com/iran/western-iran/tabriz/hotels/masoud-guesthouse#ixzz4FbjTINV6ze pierwsze wrażenia? Po Korei niestety nie doznaliśmy jakiekoś wielkiego szoku kulturowo cywilizacyjnego. Oba kraje są podobne, z małymi różnicami. W Japonii widzimy większy wybór jedzenia, ale jest też ono trochę droższe. Tańsze za to są dobra luksusowe jak słodkie napoje w automatach, kawa, wino w sklepie (w końcu australijski cabernet w polskiej cenie kilkunastu zł). Kraj wydaje się być bardzo nowoczesny, np poprzez osławione elektryczne toalety, ale ta nowoczesność wydaje się mieć już kilkadziesiąt lat i wyglada na nieco zużytą. Przykładem mogą być kilkunastoletnie taksówki - toyoty crown (jak ktoś był w Hongkongu, to tam jeżdżą takie same), które mają automatycznie otwierane tylne drzwi pasażera.

Ps. Od jutra za to zaczynamy dalekie wyprawy za miasto, bo zaczyna działać nasz Japan Rail Pass.

Nasz prom

fukuoka003

Prom japonski z kilkoma pokładami

fukuoka002

Kajuta na 12 osob

fukuoka006

Przepływamy pod mostem

fukuoka005

Paweł ma nowych kolegów

fukuoka004

Jedna ze świątyń w Fukuoce

fukuoka007

I kolejna...

fukuoka012

A tu taki dziwny rydwan

fukuoka011

Pierwsza brama - Torifukuoka009

Karteczki z życzeniami

fukuoka013

Kot - strażnik

fukuoka010

Obrażony mąż...fukuoka008

Japonka w kwiecistym stroju

fukuoka015

Menu w restaurcji w ktorej jedliśmy

fukuoka016

Restauracja z otwartą kuchniąfukuoka017

środa, 27 lipca 2016

Miasto Busan, a wlasciwie po polsku Pusan (po koreansku chyba wszystki jedno, bo oni tlumaczas z alfabetu hangul na lacinski nie rozrozniaja P od B) bardzo mile nas dzis ugoscilo.

Na poczatek pokazalo nam jedna ze swoich dzielnic zwana "Gamcheon Culture Village" ktora wygladala jak wyciagnieta z bajki. Wyglada na to, ze awangarda Busanu prezentuje tam swoje talenty, sciagajac przy tym turystow. Ciezko nie dostac tam oczoplasu, tak wszystko kolorowe i tak wiele tam atrakcji. Male galerie, mini muzea, sklepiki z rekodzielem, zdobione budynki, to wszystko w jednym miejscu. A poza glowna uliczka w kolorowych domkach normalnie mieszkaja Koreanczycy. 

 

Nastepnie zeszlismy do tak zwanego downtown (co tu z jednej strony ma wymowe doslowna, bo zeszlismy nad morze, z drugiej jednak strony miasto rozlozone jest na bardzo duzym obszarze pomiedzy gorami i centrow jest tu przynajmniej kilka), gdzie mielismy w planie 2 atrakcje. Pierwsza to BIFF square, gdzie BIFF to skrot od 'Busan International Film Festival' (stad tez czasami pisza PIFF). Festiwal jest bardzo miedzynarodowy, bo w alei gwiazd swoje dlonie odbili nawet nasi rodacy: Krzysztof Zanussi i Agnieszka Holland.

 

W Korei wszystko mozliwe, wiec jakies 500m od placu BIFF jest najwiekszy w Korei targ rybny: Jagalchi Market. Sa to 3 aleje dlugosci okolo 100m ze straganami na ktorych sprzedaje sie glownie zywe ryby, kalmary, jezowce, langusty, osmiornice, krewetki, kraby i inne zyjatka morskie reprezentujace pewnie z 3/4 morskiego swiata. Zreszta internet pisze, ze przez ten targ przechodzi od 30 do 50% handlu owocami morza w Korei.

 

No ale to nie koniec. Wisienka na torcie dzisiejszego zwiedzania byla wizyta w wiezy Busan Tower, ktora sama stojac na wzgorzu daje mozliwosc wzniesienia sie o kolejne 120 metrow. Popoludniowa pogoda okazala sie piekna, widocznosc znakomita. Zreszta zobaczcie sami.

 

wtorek, 26 lipca 2016

Dzis pojechalismy do Gyeongju - miasta oddalonego od Busan o niecale 80km, czyli 20 minut metrem i 50 minut autobusem.

A dlaczego wlasnie tam? Otoz miasto to generalnie jest bardzo mile w odbiorze, a na dodatek cale najezone jest zabytkami, swiatyniami i innymi ciekawymi miejscami, z ktorych kilka wpisanych jest na liste swiatowego dziedzictwa kultury UNESCO.

Wizyte zaczelismy od oddalonej o kilkanascie kilometrow od miasta swiatyni Bulguksa - byla to pierwsza czynna (z mniszkami) swiatynia w Korei jaka widzielismy.

Nastepnie wrocilismy do miasta i spacerem przeszlismy tzw. park historyczny czyli obszar mniej wiecej 2x2km w ktorym jeden zabytek goni drugi. Ograniczylismy sie do wejscia do Palacu Donggung nad stawem Wolji oraz wioski Hanok.

Troche w zwiedzaniu przeszkadzal nam dzis straszny upal, bo w cieniu temperatura siegala 35 stopni. Nie pamietam kiedy ostatni raz doswiadczylismy takiej temperatury, ale w sloncu naprawde ciezko bylo nawet isc swobodnie.

A co widzielismy, pokazujemy i Wam. Zobaczcie zdjecia!

Brama wejściowa do świątyni Bulguksa

świątynia Bulguksa

Barwne wykończenia

Jedna ze świątynek w kompleksie

Czerwone kolumny

Lampiony z życzeniami

Kolorowe detale

Kolejna świątynka w kompleksie ze... świnką

 

Wielki dzwon

Swiątynia Bulguksa

Staw z lotosami

Pałac Donggung 

Liczne kurhany a w tle góry

Most w trakcie renowacji

poniedziałek, 25 lipca 2016

Nastapila mala zmiana planow w stosunku do tego co umiescilismy w planie i jestesmy juz w Busan. Przylecielismy dzis popoludniowym samolotem. Ale mialo byc o kuchni...

Okazalo sie, ze koreanaskie smaki sa inne niz wszystkie, ktore dotychczas znalismy. Mamy w Polsce kuchnie orientalna, ktorej glownym przedstawicielem sa Chinczycy i Wietnamczycy, znajdzie sie gdzie niegdzie restauracja tajska, wiele jest japonskich. Ale kuchnia koreanska?

Podobno w Krakowie jest jakas restauracja, moze dwie, ale osobiscie nie jestem w stanie wskazac gdzie. Znaczy po powrocie juz pewnie znajdziemy adres, bo tutejsza kuchnia bardzo przypadla do gustu.

Ale co w niej takiego innego? Wszystko!

Przede wszystkim Koreanczycy uwielbiaja kisic. Nie tylko tak jak my kapuste i ogorki, ale wszelkiej masci warzywa i nie tylko. Dostajemy je czesto jako dodatki do dan, nawet o nie nie proszac. I tak mamy kimczi - kiszona kapuste pekinska z ostrymi przyprawami, mamy kiszone plasterki rzodkwi i... tak naprawde tyle udalo nam sie zidentyfikowac, a probowalismy co najmniej jeszcze kilku kiszonych dan. Widzielismy tez na bazarze kiszone kraby... nie probowalsmy.

Mozna by rzec, ze Korea restauracjami stoi. W kazdym miejscu w ktorym bylismy, czy to w Seulu, czy na Jeju, czy teraz w Busan, nie wazne czy droga czy tania dzielnica, zawsze znajdzie sie knajpka na kazda kieszen. I nalezy zwrocic uwage, ze jedzenie wcale nie jest drogie, bo zwazywszy na to, ze Koreanczycy zarabiaja kilkakrotnie wiecej od nas, jemy tu posilki w polskich cenach. I nie jest to fast food w polskim mniemaniu, tylko male restauracyjki i bary z lokalnym jedzeniem. Fast food-ow zreszta prawie wcale tu nie widac, przykladowo McDonalds co prawda ma koreanska strone www, ale osobiscie zadnego nie widzielismy.

Nalezy tez zwrocic uwage, ze widac tu rozgraniczenie pomiedzy restauracjami, ktore jako zapewniajace byt koreanskiemu ludowi sa relatywnie tanie, a kawiarniami ktore sa bardzo drogie. Przykladowo kawa, ktora jest tu towarem luksusowym w Starbucks (ktore znajduja sie tu praktycznie na kazdym kroku) lub innych 'modnych' kawiarniach kosztuje prawie 5$ czyli czesto wiecej niz placimy tu za posilek dla jednej osoby. Oczywiscie drozsze restauracje tez sa: hierarchia od posilkow domowych - najtanszych (najwiecej zaplacilismy ok 10$ za 2 osoby) wiedzie przez restauracje gdzie samemu sie przyrzadza jedzenie np grilujac mieso lub smazac plastry boczku z warzywami (koszt to od okolo 8$ za osobe wzwyz) po najdrozsze restauracje z rybami i innymi owocami morza. Tu ceny posilku, ktore widzielismy na stojakach wystawianych przez restauracje, zaczynaja sie od 30-40 dolarow za osobe.

Ale taniej nie znaczy gorzej, ale raczej bardziej zwyczajnie. Do wielu posilkow ktore jedlismy dostawalismy juz gratis dodatki, czyli kimczi i inne kiszone warzywa, male czarki z rosolem, marynowane grzyby.

A co jedlismy?

  • Kimbap - czyli zawijana w wodorost rolada w stylu sushi - ale zazwyczaj bez ryby a z miesem lub samymi warzywami.
  • Bibimbap - misa rozmaitosci - posiekane surowe warzywa z miesem wolowym i jajkiem.
  • Zupa wonton - najmniej dziwne danie, bo zupa w stylu wietnamskim z pierozkami.
  • Mul Naengmyeon - zupa lodowa - zupa z makarnem na zimno - plywal w niej jeszcze kruszony lod. 
  • Bulgogi - danie z ruzem i potrawka wolowa.
  • Jjinmandu - cos a'la pierogi, jeslismy z nadzieniem kimczi.
  • Yakimandu - to samo co wyzej ale smazone w oleju.
  • Bindaetteo - placek z kielkow i maki sojowej smazony na blasze.
  • 2 razy jedlismy dania przyzadzane na stole - raz byl to boczek z kurczakiem i kielkami soi, drugi raz plastry boczku wolowego i wieprzowego (duruchigi), ktory samemu smazy sie na gazowej blasze (samgyeopsal).

Jak te potrawy nam nie pasuja, zawsze mozemy pojsc do tzw. convenient store czyli sklepu w stylu polskiej zabki, ktorych tu jest kilkakrotnie wiecej a najbardziej znane marki to "Seven eleven" lub "CU25" - w kazdym takim sklepie jest kuchenka mikrofalowa plus dystrubutor z wrzatkiem, mozna przyrzadzic sobie samemi i zjesc np danie gotowe lub zupe typu ramen (cos ala znane w Polsce chinskie zupki, tylko 3x smaczniejsze) - koszt takiego posilku zaczyna sie od 1$. 

I jeszcze informacja dla najbardziej oszczedzajacych - zimna woda dostepna jest w kazdej restauracji za darmo, zreszta nie tylko tam, w hotelach, na dworcach rowniez.

I jeszcze taka informacja - kazda restauracja przyjmuje platnosci karta. Co ciekawe, nie jest wymagany ani pin, ani podpis. Koreanczycy zreszta maja do siebie duzo zauwania, wiele osob nosi karte platnicza oczywiscie numerem do gory np w przezroczystych etui na telefon, lub na szyi jak identyfikator.

PS. Dzis wpis bez polskich liter, bo mamy w pokoju koreanski komputer, na ktorym pisze sie lepiej niz na tablecie. Zamiast polskich liter wyskakuja tu koreanskie znaki!

Kimczi

kuchniakorei002

smazone pierozki

kuchniakorei001

Jemy na bazarze smazony placek

kuchniakorei003

Zupa lodowa. Zwroccie uwage na kruszony lod
kuchniakorei007

Zupa wonton

kuchniakorei008

Przygotowujemy sobie obiad

kuchniakorei010

Tu skladniki

kuchniakorei009

Tu ktos przygotowal za nas, ale na naszych oczach.

kuchniakorei005

Bibimbap czyli wszystko pomieszane.

kuchniakorei004

Wszystko co mozna ukisic.

kuchniakorei006

 

piątek, 22 lipca 2016

Tak się złożyło, ze od tego roku staliśmy sie miłośnikami jaskiń lawowych. Pierwszą jaką widzieliśmy zimą tego o roku była Jaskinia Wiatrów na Teneryfie a druga to właśnie ta, o której piszę.

Jaskinie lawowe to szczególny rodzaj jaskiń, powstały one podczas erupcji wulkanów, kiedy to lawa płynąc zaczęła stygnąć od góry zasklepiajac swoje koryto. Po całkowitym zamknięciu koryta, stygnięcie lawy zostało zatrzymane i płynęła ona sobie swobodnie aż do zakończenia erupcji. Po wypłynięciu całej ławy mamy piękne koryta - jaskinie, które dziś możemy podziwiać jako jaskinie lawowe (ang. lava tubes). Niewiele jest takich jaskiń na świecie, my wiemy o tych na Wyapach Kanaryjskich, Azorach, naszej w Korei (tak naprawdę to jest ich tu na Jeju kilka) i podobno największe znane są na Hawajach.

Manjanggul okazała się naprawdę imponującym zjawiskiem. Całość kompleksu ma ponad 7km długości, przy czym turystom do zwiedzania udostępniono 1km. Korytarz osiaga ponad 20m wysokości ale i czasami ma tylko nieco ponad 3m. Na samym końcu części turystycznej dochodzimy do ponad 7dmio metrowej kolumny lawy - podobno najwyższej na świecie. 

Porownując jaskininę Manjanggul do tej, ktorą widzieliśmy na Teneryfie, ta koreańską jest większa w części udostępionej dla turystow (bo tak naprawdę ta na Teneryfie ma 17km długości, ale generalnie korytarze tam są wezsze), za to tą hiszpańską zwiedzało się z przewodnikiem, który był nastawiony na to, aby turyści zapamietali wiele wulkanicznych faktów. Niemniej nam to za bardzo nie przeszkadzało, bo Ania jako geograf była w swoim żywiole. Nawet pokusiliśmy się na określenie, że zachowuje się jak "ratlerek w sklepie mięsnym" biegała podekscytowana nie wiedząc od czego zacząć, żeby nic jej nie umknęło.

manjanggul001

manjanggul008

manjanggul002

manjanggul004

manjanggul010

manjanggul009

manjanggul006

manjanggul0052

manjanggul007

 

 

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 11
| < Grudzień 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
        1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
11 12 13 14 15 16 17
18 19 20 21 22 23 24
25 26 27 28 29 30 31
Tagi
statystyka