Kategorie: Wszystkie | opowieści Ani | opowieści Pawła
RSS
sobota, 11 lipca 2015

Wracamy na szlak. Już za 5 dni lecimy do Delhi, żeby po kolejnych dwóch dniach wylądować w Leh, w regionie Ladakh.

Ladakh to górska kraina wciśnięta pomiędzy Kaszmir, Chiny (Tybet) i Nepal. Samo Leh położone jest na 3400mnpm, i jest to niemalże najniższy punkt regionu.

Co tam będziemy robić? Trochę chodzić, trochę jeździć.

Więcej info wkrótce. Do Indii wylatujemy w czwartek o świcie.

sobota, 09 sierpnia 2014

Już wracamy... Za 2 godziny wyjeżdżamy na lotnisko.

Kolejne wpisy, jeśli będą, to już po naszym powrocie.

Póki co, dziękujemy, że czytaliście!

piątek, 08 sierpnia 2014

Singapur to jedno z najmłodszych państw Azji. Zresztą jutro obchodzi 49 urodziny (tak tu się mówi) bo dokładnie 9 sierpnia wypada tutejszy dzień niepodległości, będzie parada, wiszą już flagi itd.

Pomimo tak młodego "wieku" jego historia sięga dużo dalej. Założony na początku XIX w. przez Thomasa Stamforda Rafflesa bardzo szybko się rozwijał - głównie poprzez niskie podatki od transakcji handlowych kupcy bardzo chętnie tu zawijali swoimi statkami. Stał się kolonią brytyjską, przez kilka lat był też częścią Malezji.

Z różnymi perturbacjami (okupacja Japończyków podczas II Wojny Światowej) prosperity miasta trwa do dziś - standard życia jest tu prawie najwyższy w Azji - jeśli policzyć PKB, Singapur jest zaraz za Japonią.

Taka rola również zobowiązuje - wiele rzeczy musi tu być "naj". Przed południem odwiedziliśmy (podobno) największe na świecie oceanarium, ze sławnym tunelem pod dnem morskim, po południu zaś zaliczyliśmy kolejne "naj", a mianowicie...

Hotel Marina Bay Sands to obecnie wizytówka miasta. Składa się z 3 budynków połączonych u góry wielkim podestem w postaci deski surfingowej. Na tym podeście znajduje się najwyżej na świecie położony odkryty basen. Po ukończeniu cały hotel okazał się najdroższym budynkiem świata. 

Cena za noc też jest "naj", bo kwoty zaczynają się od niespełna 400 dolarów USA.

Jest też taras widokowy, ale wstęp to koszt 20S$ od osoby. Postanowiliśmy trochę przechytrzyć system i poszliśmy do baru znajdującego się również na dachu, wstęp do baru jest bezpłatny, a ceny drinków zbliżone są do ceny wstępu na taras widokowy.

Co z tego wyszło... zobaczcie sami.
 
 Pomnik Sir Thomasa Stamforda Rafflesa.

Singapur

Hotel Raffles - najbardziej kolonialny budynek w mieście który nie utracił swego dawnego blasku.

Singapur

Merillion - pół lew, pół krewetka - wizytówka miasta.

Singapur

Hotel Marina Bay Sands w oddali.

Singapur

Singapur

Widok z baru na dachu hotelu. W prawym dolnym rogu hotel Fullerton.

Singapur

Oceanarium i tunel pod basenem z rekinami.

Singapur

W galeriach handlowych sklepy tez są "naj". Tu Chanel.

Singapur

I coś dla miłośników motoryzacji. Nie-miłośnicy mogą przestać oglądać dalej. Niech wystarczy wam informacja, że to bardzo drogie samochody.

Lamborghini Gallardo (chyba?).

Singapur

Aston Martin.

Singapur

Jakiś tam Lexus, Ferrari i Audi R8.

Singapur

Rolls Royce.

Singapur

Nissan GTR, za to w biednej dzielnicy.

Singapur

czwartek, 07 sierpnia 2014

Singapur nie jest tani. Przekonaliśmy się o tym szukając noclegu, lub wybierając atrakcje które chcemy zobaczyć.

Niemniej w dwóch kwestiach ceny są tu jak najbardziej dla nas akceptowalne. Mianowicie transport i jedzenie. Co do tego pierwszego, to za przejażdżkę metrem płacimy zazwyczaj mniej niż w Krakowie za tramwaj, bo w przeliczeniu około 3-4 zł.
A wracając do jedzenia, Singapurczycy należą do ludzi oszczędnych, nawet ci pracujący w wielkich korporacjach, ponadto całe rzesze ludzi (głównie Chińczycy oraz Hindusi) pracują tu w usługach i oni po prostu nie mogą sobie pozwolić na drogie restauracje lub po prostu restauracje, gdzie ceny zaczynają się od 20 tutejszych dolarów za osobę (1 S$ to około 2,70zł).

Dlatego też powstały tak zwane "Food Court"-y lub "Hawker Centre" - centra z tanim jedzeniem.

Zazwyczaj jest to zadaszona hala ze małymi samoobsługowymi restauracyjkami. W wolnej przestrzeni są stoliki gdzie można przysiąść. Przychodzimy, zajmujemy miejsce (kładąc np paczkę chusteczek) i udajemy się do okienka. Odnaleźliśmy każdy rodzaj kuchni, od japońskiej, poprzez tajską, indonezyjska, malajską, indyjska, arabską, a na europejskiej kończąc.

Wszystko jest świeże, przygotowywane na bieżąco, dania zaczynają się od 3-4 dolarów czyli od 10zł. Soki ze świeżych owoców są po 1,5 dolara, czyli po 4zł - taniej niż w Indonezji.

I co najciekawsze pomysł tak się spodobał, że takie centra powstały również w dzielnicach biznesowych i cieszą się popularnością również wśród klasy średniej, pracowników biur itd.

Zresztą zobaczcie sami, na zdjęciach najsłynniejszy Maxwell Hawker Centre, który akurat jest 10 minut piechotą od naszego miejsca zamieszkania:

Hawker Centre od środka.

Singapur

Singapur

Singapur

Singapur

Pan z celebracją nakłada frytki na talerze z grilowanym mięsem.

Singapur

A to nasze dania: kurczak z ryżem (4,5 S$).

Singapur

Rosół z makaronem ryżowym oraz kawałki kaczki (4,5 S$).

Singapur

Wieprzowina grilowana z frytkami (6,5 S$ za gigantyczną porcję).

Singapur

środa, 06 sierpnia 2014

Jesteśmy już w Singapurze, ale wpis będzie jeszcze dotyczył Indonezji.

Otóż, gdzie człowiek nie spojrzy to wszędzie natyka się na Hello Kitty... Nie wiem czemu tu taka moda, ale Hello Kitty jest wszędzie. Podczas naszej wizyty na Sualwesi odwiedziliśmy restaurację Hello Kitty i to nie w Manado, a w malutkim Tomohonie, w dodatku poza miastem. Ponadto wszędzie są naklejki, ubrania, zegarki, kaski na motor, a nawet podpaski... i milion innych rzeczy.

Można tu również spotkać Angry Birdsy, ale różowe Hello Kitty rządzi na wyspie:)

Sami zobaczcie!

House of Kitty.

Hello Kitty

Wnętrze...

Hello Kitty

Gadżety...

Hello Kitty

Naklejki.

Hello Kitty

Hello Kitty

Tu Hello Kitty dzieli powierzchnię z FC Barcelona.

Hello Kitty

Chusta muzułmańska.

Hello Kitty

Zabawki oczywiście...

Hello Kitty

Kask!

Hello Kitty

I podpaski...

Hello Kitty

wtorek, 05 sierpnia 2014

Nasza ostatnia miejscowość na Sulawesi to Manado. Właściwie jedno z dwóch dużych miast wyspy, która stanowi 2/3 powierzchni Polski. Ma 0,5 mln mieszkańców. Ruch uliczny jest tu ogromny. Caly dzień mieszkańcy są na zakupach, bo jest tu kilka wielkich centrów handlowych. W sumie to nie wiem, kiedy pracują. Samochody i lokalne kilkuosobowe niebieskie "mikrolet"-y jadą sznurem jeden za drugim. na szczęście jada wolno, więc jesteśmy w stanie przejść przez ulicę.

Co można robić w takim mieście? Odwiedzić lokalny bazar, wpaść do hurtowni indonezyjskich goździków (większość jest przerabiana w papierosach), zajrzeć do chińskiej buddyjskiej świątyni,  a nawet odwiedzić szkołę, gdzie tłum dzieci z radości, że BULE (obcokrajowiec) wpadł z wizytą, mało nas nie stratował. Na dodatek jedna z dziewczynek na telefon komórkowy nagrała "interview" po angielsku zapewne na lekcję... Można tez udać się na zakupy w lokalnych centrach handlowych i... pójść do Pizza Hut, gdzie zaserwuję wam ciekawa odmianę pizzy z... makaronem (hmm fajnie chrupie) oraz makaron z... ziemniakami. Dlatego lubię odwiedzać również i takie miejsca w Azji, bo można tam zjeść nowe odsłony znanych nam dań. Zajrzeliśmy również do lokalnego gabinetu stomatologicznego. hmm w sumie wielkie drzwi były otwarte na ulicę i można było do woli oglądać, co lokalny dentysta robi.

Aha, a piliście kiedyś niebieskie pepsi???

Chińska świątynia...

Manado

Promenada z centrami handlowymi.

Manado

Mikrolet wygląda tak:

Manado

Manado

Po lewej pan bez zębów, po prawej już z pełnym uzębieniem. Wyraźnie bardziej uśmiechnięty.

Manado

Sam gabinet wygląda tak. Pomoc dentystyczna cały czas dba o czystość.

Manado

A to już bazar.

Manado

Manado

Manado

Szkoła.

Manado

Manado

Manado

I wspomniana pepsi blue.

Manado

poniedziałek, 04 sierpnia 2014

Jedną z ostatnich naszych atrakcji na Sulawesi jest Park Narodowy Tongkoko. Słynie on głównie z tarsiuszy (wyraków upiorów) i czarnych makaków z charakterystycznym czubkiem.

Zaczęliśmy od poszukiwań wyraków. W tym celu trzeba udać do lasu z przewodnikiem i zasiąść przed wybranym drzewem gdzieś w okolicy godziny 17. Przyszliśmy i my. Zasiedliśmy przed drzewem i czekamy... I czekamy... Trochę pod drzewem głośno, więc rodzinka wyraków zamieszkująca owe drzewo wysłała najmłodsze na zwiady, co tam sie dzieje. Zaspany młody wyraczek wynurzył się ze szczeliny w drzewie i zaraz się schował. Mamo, tato przyszły te upiory! ja tak tylko wyjrzałem, a oni mnie zobaczyli i zaczęli się cieszyć... Dorosłe wyraki wpadły w panikę, raz po raz same wyglądały ze szczeliny... No faktycznie ludzkie upiory zasiadły pod naszym drzewem. Trzeba dać show. Szybciutko odświętne ubranko założyć i wyskakujemy. No i wyraki co chwilkę się pokazywały, a ludzkie upiory cieszyły się jakby milion na giełdzie wygrały. Aż w końcu zwierzątka stwierdziły koniec tej zabawy, czas iść na polowanie, ale żeby ludzkie upiory im nie przeszkadzały wysłały jednego z nich aby robił za modela. Wyraczek "superstar" skoczył na jeden z badyli i prezentował się w całej okazałości z długim włochatym ogonkiem, wielkimi oczami. O... ja to jestem gwiazda proszę milion zdjęć, teraz patrzę tu... a teraz tam... o zamknę dla was jedno oko. Oj wy głupie ludzkie upiory, nawet to was rozśmiesza. Powygłupiam się przed obiektywami kamer jeszcze chwilę i znikam na nocne polowanie...

Wyraki widzieliśmy już 2 lata temu na Filipinach. Tam to jednak był zamknięty kawałek ogrodu a tu były one w naturalnym środowisku.

 

Kolejnego dnia poszliśmy do lasu na prawie 6 godzin, widzieliśmy dwa węże (w tym zieloną żmiję, podobno bardzo jadowitą), kuskusy (endemiczny gatunek tutejszego torbacza), parę endemicznych ptaków, i słyszeliśmy lecącego dzioborożca. No i roślinność: niesamowicie wielkie drzewa, zjedzone przez pasożytnicze rośliny, tak, że drzewo przestało istnieć, a "plecionka", która je oplatała pozostała.

Jednak najważniejsze było aby zobaczyć czarne czubiaste makaki. Podobno są tu trzy stadka. My widzieliśmy stado o nazwie "Rambo-2" najbardziej liczne i z dużą ilością młodych. Wydaje się, że ludzie wcale ich nie obchodzą. Można było z nimi iść, a one potrafiły przejść pół metra obok nas. Jedna nawet zainteresowała sie obiektywem mojego aparatu i tam sobie zaglądała.

Całe stado liczyło kilkadziesiąt osobników i spędziliśmy z nimi około 2 godzin. Najpierw patrząc jak się bawią na drzewach, potem maszerują przez polankę, aby zasiąść z nimi pod drzewem ze specjalnymi owocami, które makaki zajadają na śniadanie.

Czasem jak się patrzy na ich "twarze" to wydaje się być bardzo ludzka... Zresztą zobaczcie sami na zdjęciach...

Nasza grupka wyrusza do lasu, Ania filmuje kuskusa.

Park narodowy Tongkoko

Czekamy przed tarsiuszowym drzewem.

Park narodowy Tongkoko

Pierwszy wyrak wygląda ze szczeliny.

Park narodowy Tongkoko

Ten pozuje turystom przez ponad 15 minut.

Park narodowy Tongkoko

Park narodowy Tongkoko

A tu już czarne makaki.

Park narodowy Tongkoko

Park narodowy Tongkoko

Park narodowy Tongkoko

Park narodowy Tongkoko

Park narodowy Tongkoko

Stado nie jest wcale małe.

Park narodowy Tongkoko

Park narodowy Tongkoko

Park narodowy Tongkoko

Park narodowy Tongkoko

Park narodowy Tongkoko

Park narodowy Tongkoko

Dużych drzew też widzieliśmy wiele.

Park narodowy Tongkoko

Jest i wąż numer jeden o nieznanej nazwie.

Park narodowy Tongkoko

Wąż numer dwa to żmija zielona.

Park narodowy Tongkoko

Tu cała nasza ekipa mieści się w objęciach jednego drzewa.

Park narodowy Tongkoko

No i środek fikusa-pasożyta. Kiedyś oplótł on inne drzewo. Później pierwotne drzewo obumarło, została sama plecionka.

Park narodowy Tongkoko

Północ Sulawesi słynie z wulkanów. Tutaj nawet trudno gdzieś dojechać, bo trzeba nadkładać drogi, aby kolejny wulkan objechać.

Na niektóre z nich da się wejść, ale nie na wszystkie. bardzo niebezpieczne jest wejście na wulkan Soputan (1784 m.n.p.m.), bo jest to wulkan aktywny (cały czas dymi) i stożek pokryty jest pyłem i gruzem skalnym z którym można po prostu zjechać w dół.

Będąc w Tomohon, który położony jest między wulkanami, podeszliśmy na w sumie najłatwiejszy Mahawu ok 1300m.n.p.m. Można obejść cały krater dookoła. W Kraterze coś tam małego dymi, ale ładne jest zielone jeziorko w otoczeniu oparów siarki. Postanowiliśmy jedną drogą wjechać, a następnie wejść (bardzo proste wejście), a zejść po przeciwnej stronie. Nie spodziewaliśmy się, że będziemy schodzić ponad dwie godziny bardzo stromą ścieżką w dół. Widać, że praktycznie nikt tędy nie chodzi, bo momentami ścieżka jest dosyć mocno zarośnięta.

Imponujący jest kolejny wulkan Lokon (1580m.n.p.m.) - nieczynny, w tej chwili porośnięty głównie trawą. Przypomina mi trochę naszą bieszczadzką połoninę. Obok niego jest również wulkan Empung i czynny Tompuluan. Ten ostatni pojawił się na przełęczy pomiędzy tymi wspomnianymi wcześniej dopiero w 2011 roku podczas wybuchu, kiedy to też cały Tomohon był ewakuowany. Cały czas wyrzuca różnego rodzjaju popioły. Zbocza wulkanów to ogromne pola, gdzie uprawia sie na żyznej wulkanicznej glebie (mam zebraną do woreczka) kapustę, cebulę, marchew i papryczki chili.

Mieliśmy zamiar wejść na Tompuluan, ale doszliśmy pod Lokon. Okazało się, że dwa dni wcześniej podobno zamknięto tę drogę, bo jakaś turystka z Niemiec miała wypadek na tej trasie. Poza tym sami nie byliśmy w stanie znaleźć odpowiedniego szlaku. Wszystko porastały gęste trawy i trzciny. Jak się później okazało, jest w innym miejscu lepszy i dostępny szlak na czynny Tompuluan, ale byliśmy tak wyczerpani gorącem i wilgotnością, że postanowiliśmy jechać do rezerwatu Tangkoko o którym będzie później.

Mahawu.

Wukany

Wukany

Wukany

Po lewej stożek Lokonu, w przełęczy Tompuluan (widać dymy z krateru).

Wukany

Klabat.

Wukany

Soputan (widać jak dymi w lewą stronę).

Wukany

Lokon i pola kapusty.

Wukany

Lokon i papryczki chilli.

Wukany

Wulkan przy rezerwacie Tongkoko (niestety w tym momencie nie znamy nazwy). U naszych stóp czarny piasek wulkaniczny na plaży.

Wukany

sobota, 02 sierpnia 2014

Targ w Tomohon rzeczywiście zasługuje na to miano. Przyszliśmy na niego w sobotni poranek, bo w ten dzień jest największy i ma najwięcej dziwnych zwierząt na sprzedaż.
W regionie Minahasa, gdzie właśnie jesteśmy panują osobliwe zwyczaje kulinarne. Mówi się, że mieszkaniec Minahasy je wszystko co ma 4 nogi za wyjątkiem mebli...

Targ jest upiorny i trzeba mieć mocne nerwy. Ja uciekłam ja zobaczyłam, że właśnie wyciągają z klatki psy, które będą zabijać... to ponad moje nerwy. Wystarczy, że widziałam opalone psy, gotowe na sprzedaż.

A co jeszcze można zobaczyć na tym targu? Całe masy upieczonych szczurów, nietoperzy, nawet pytonów. Mięso ćwiartuje się w każdym zakamarku targu. Aż strach chodzić, aby czymś rykoszetem nie dostać. Miejscowa ludność ze znawstwem oglądała sztuki nietoperzy (dorodne jak nie wiem co) oraz dodatkowo skrzydła. Swoją drogą ciekawe po co im one... na zupę? Wszędzie były stoiska gdzie świeże palnikiem opalano całe sztuki mięsa, stąd większość tych na zdjęciach jest czarnego koloru.

To niestety też Indonezja...

Tych o mocnych nerwach zapraszamy do obejrzenia zdjęć, choć te najbardziej drastyczne zachowamy dla siebie.

Targ macabre

To chyba szczury.

Targ macabre

Nietoperze.

Targ macabre

Targ macabre

Targ macabre

Świnki.

Targ macabre

Targ macabre

Węże.

Targ macabre

Targ macabre

Targ macabre

Targ macabre

I psy :(

Targ macabre

Targ macabre

A tu coś na pocieszenie. Napotkaliśmy działaczy pewnej fundacji, którzy uświadamiają mieszkańców na temat chronionego gatunku czarnych makaków, które niestety też są podobno przysmakiem na tutejszych stoach. Na szczęście my nie widzieliśmy...

Targ macabre

piątek, 01 sierpnia 2014

Przekonaliśmy się o tym, że wydostać się z Togeanów nie jest wcale łatwo. Nam zajęło to 35 godzin, a przepłynęliśmy jedynie jakieś 200km promem i przejechaliśmy kolejne 400km autobusem.

Ale po kolei. 31 lipca wcześnie rano na naszej małej wysepce Malenge wsiedliśmy (do przystani promowej z naszego resortu przypłynęliśmy łodzią dzień wcześniej) na drewniany prom, który zabrał nas do Wakai - największej wioski Togeanów. Droga zajęła nam około 3h.

W Wakai musieliśmy poczekać na prom płynący do Gorontalo. Przypłynął o czasie. Był to duży, stalowy prom samochodowy, przy czym w ładowni znajdował się tylko jeden samochód, kilkadziesiąt skuterów i kilkaset osób które zajęło pozostałą część. Reszta osób zajęła pozostałe pomieszczenia statku - 2 klasy: biznes i ekonomiczną, oraz dach.

Droga zajęła nam 13 godzin, przy czym statkiem bardzo rzucało z powodu dużego wiatru, a i morze trudno nazwać spokojnym. Od uderzeń w fale statek mocno dudnił. Woda wlewała się do ładowni przy dużych falach...

Po drodze mieliśmy jeszcze jedną atrakcję, a mianowicie przepłynięcie Równika. Nastąpiło to około godziny 21:48 a dokładny moment poznaliśmy dzięki odbiornikowi GPS w naszym telefonie, co uwieczniliśmy na zdjęciu i filmie. Przy okazji radość Ani z przekraczania Równika była przeogromna.

O 4:30 nad ranem kapitan obudził podróżnych z informacja, że dopływamy. I tutaj przytrafiła się przekomiczna historia. Dokładnie o 4:45 w naszej 50 osobowej kabinie "bisnis klas" zaczął w niebogłosy... piać kogut!!! od wczoraj kiedy wsiedliśmy o 15 na statek nie wiedzieliśmy o jego istnieniu. Ktoś z tutejszych podróżnych zabrał koguta do klimatyzowanej kabiny. Wszyscy turyści najpierw zdębieli, a potem zaczęli się śmiać.

Po przypłynięciu do Gorontalo byliśmy dopiero w połowie drogi. Musieliśmy się dostać na koniec północnej "macki" Celebesu w okolice miasta Manado, a dokładniej do miasteczka Tomohon (gdzie właśnie jesteśmy). Z przystani promowej tuk-tukiem pojechaliśmy przed świtem na terminal autobusowy. Złapaliśmy autobus, który te brakujące 400km przejechał w 9 godzin. Na koniec jeszcze tylko godzina busikiem do miasteczka Tomohon. Wisienką na torcie była podwózka skuterem ostatnich 4km do naszego hotelu.

Tomohon leży u podnóża 2 wulkanów: Lokon i Mahawu, ale o tym w najbliższych dniach.

A oto nasz stalowy prom: Tuna Tomini.

Powrót z Togianów

Jedny wychodzą, drudzy wchodzą.

Powrót z Togianów

Samochód w ilości 1.

Powrót z Togianów

Reszta ładowni zajęta przez podróżnych.

Powrót z Togianów

Powrót z Togianów

Ekonomi klas.

Powrót z Togianów

Powrót z Togianów

Na dachu gwar.

Powrót z Togianów

Zachód słońca nad wyspą-wulkanem Una Una.

Powrót z Togianów

Właśnie przepływamy równik.

Powrót z Togianów

A tu już przedostatni odcinek. Pan się nie zmieścił do busika...

Powrót z Togianów

| < Grudzień 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
        1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
11 12 13 14 15 16 17
18 19 20 21 22 23 24
25 26 27 28 29 30 31
Tagi
statystyka