Kategorie: Wszystkie | opowieści Ani | opowieści Pawła
RSS
poniedziałek, 10 sierpnia 2015

Pamiętacie fimik, który wrzuciliśmy na bloga przed wyjazdem?

Wczoraj byliśmy na indyjsko-pakistańskiej granicy w Attari.

No cóż, wrażenia podobne jak na filmiku, tylko że na żywo. Atmosfera sielska, tańce, przekrzykiwanie się z Pakistańczykami kto głośniejszy.

Po części nieoficjalnej przyszedł czas na uroczyste marsze, otwarcie bramy, podanie sobie dłoni Pakistańskim pogranicznikom i ściągnięcie flagi.

Kolorytu dodaje chód żołnierzy niczym z "Ministerstwa Dziwnych Kroków".
Zobaczcie sami, mieliśmy całkiem dobre miejsca...

niedziela, 09 sierpnia 2015

Od wczoraj jesteśmy w Amritsarze w indyjskim stanie Pendżab.

Miasto słynie ze złotej świątyni - świętego miejsca sikhów. Jak widzieliście kiedyś Hindusa w turbanie, to był to właśnie sikh, najprawdopodobniej miał też on na nazwisko Singh - taka już ich cecha, że wszyscy mają te samo nazwisko.

Sama świątynia jest magiczna. Wielki kompleks z jeziorem pośrodku, na środku którego zaś stoi świątynia obleczona 750 kilogramami złota.

Świątynia jest najważniejszym miejscem kultu sikhów, dlatego pielgrzymują oni tu z całego świata. Nie wiem, czy obecne dni są jakieś szczególne, ale jest ich tu co niemiara. Mogą spać za darmo przy świątyni, mogą też zjeść posiłek.

Jadłodajnia jest zaraz obok, pozwoliliśmy sobie też skorzystać z darmowego posiłku.
W kuchni pracują pielgrzymi wolontariusze, turyści też mają do tego prawo. Podobno codziennie wydają 80 tysięcy posiłków. Przemiał ludzi w salach jest gigantyczny. Po zjedzeniu pielgrzymiego dalu, udaliśmy się do kuchni i to co zobaczyliśmy zaparło nam dech w piersiach. Ileż to ludzi pracuje codziennie nad przygotowaniem tylu posiłków! Jakie wielkie gary potrzebne są aby ugotować ryż, dal i inne dodatki. A jaki jest huk metalowych naczyń, gdzie w kuchennej "myjni" są myte na połysk przez setki pomywaczy. Naczynia wręcz latają od człowieka do człowieka... Mycie w płynie, płukanie i rzut dalej talerzem... Żeby to poczuć trzeba tu być.



Ten pan powitał nas przy samej bramie.















Jak widać, noszenie broni nie jest tu zakazane. Przynajmniej broni białej.









Sprytna maszyna do nalewania wody.



Wolontariusze w kuchni.













Gotujemy ryż.





Mycie naczyń.





Jeszcze rzut oka na świątynię...









I kilka zdjęć z ulic Amritsaru.







sobota, 08 sierpnia 2015

Podczas wjazdu do Indii wypełnia się następujący druczek:

Nie zwracałem na niego uwagi, ale ostatnio przyjrzałem mu się dokładniej. Zawiera on standardowe informacje, czego nie wolno wwozić do Indii, wiadomo, narkotyków, fałszywych pieniędzy, zwierząt itp, itd.

Ale jest tez ciekawy punkt pierwszy pierwszy, który mówi, że do Indii nie wolno wwozić publikacji i map, gdzie granice Indii są błędnie przedstawione.

I tu docieramy do Kaszmiru. Posiadamy niemiecką mapę Ladakhu i Kaszmiru, oraz przewodnik Lonely Planet po wspomnianym regionie wydany w Australii. Obie publikacje dosyć asekurancko podchodzą do spraw granic Indii. Przewodnik umieścił notkę, że granice są przedstawione tak jak sobie życzy tego strona indyjska, mapa pokazuje zaś granice oficjalną (wg Indii) oraz granicę rzeczywistą z informacją, że teren jest administrowany ( tak naprawdę okupowany) przez inny kraj - dotyczy to zarówno Pakistanu oraz Chin.

I tu docieramy do Kaszmiru - granica oficjalna Indii z Pakistanem wiedzie kilkadziesiąt kilometrów na zachód od Srinagaru, w rzeczywistości zaś zaczyna się niemalże za rogatkami miasta.

Dochodzi tu jeszcze sprawa niepodległości Kaszmiru, której od kilkudziesięciu lat domagają się jego mieszkańcy, a która pewnie długo jeśli nie nigdy nie dojdzie do skutku. Dlatego też

Srinagar jest z jednej strony atrakcją turystyczną, z drugiej strony to istna twierdza. Nikogo nie dziwi już widok wojska na każdym skrzyżowaniu, ciężarówki, wozy opancerzone z wieżyczkami z których wystają tylko lufy karabinów, wieże strażnicze przy co ważniejszych budynkach, itp. itd.

Do listy strategicznych obiektów dochodzi oczywiście lotnisko. Dziś mieliśmy okazję lecieć ze Srinagaru do Amritsaru i sam proces wylotu z Kaszmiru zasługuje na dokładniejszy opis.


Zamówiliśmy taksówkę z hotelu na lotnisko. Pierwsza kontrola była jeszcze kilometr przed samym budynkiem lotniska, gdzie wojsko sprawdzało, czy samochód nie jest podkuty bombą, pasażerowie zaś musieli wyjąć z samochodu swoje bagaże i poddać je skanowaniu a siebie pobieżnym "obmacaniu" przed żołnierza (dla kobiet oddzielny parawanik i kontrola tamże). Dodam jeszcze, że od razu sprawdzono, czy posiadamy wydruk biletu lotniczego.

Po wyjściu z samochodu udaliśmy się do drzwi terminala. Ponowne sprawdzenie biletu lotniczego, czy zgadzają się dane z paszportem, ponowne skanowanie bagaży oraz ponowna kontrola macana.

Jesteśmy w terminalu i udajemy się do stanowisk check-in aby nadać bagaż. Poszło w miarę gładko, nawet udało się przemycić lekki nadbagaż, bagaż podręczny zaś otrzymał specjalną zawieszkę.

Po nadaniu bagaży skierowano nas (tylko turystów nieindyjskich) do wypełnienia wniosku w którym przepisaliśmy numerki paszportu, wizy, wpisaliśmy nasz adres w Polsce, nazwę hotelu w Srinagarze itd.

Następnie jest kontrola bezpieczeństwa, podobna jak na większości lotnisk. Skanowanie bagażu podręcznego, macanie (panie za parawanem), ale tu niespodzianka, za skanerem każdy bagaż podręczny podlega kontroli organoleptycznej przez żołnierza, "proszę załączyć aparat, proszę wyłączyć, proszę załączyć laptopa, dziękuję". Po sprawdzeniu bagażu podręcznego zawieszka oraz karta pokładowa otrzymują pieczęć która pozwala opuscić kontrolę bezpieczeństwa.

Udało się, jesteśmy już "po drugiej stronie". Tu następuje chyba najciekawszy punkt programu, czyli identyfikacja bagażu rejestrowanego. Każdy pasażer przez specjalne drzwi wychodzi na płytę lotniska, gdzie rozłożone są jeden obok drugiego wszystkie bagaże rejestrowane, czyli również nasze plecaki, które nadaliśmy na check-in piętnaście minut wcześniej. Należy stanąć przy swoim bagażu i poczekać aż żołnierz odhaczy u siebie na liście oraz zaznaczy znakiem "x" naklejkę na bagażu i na karcie pokładowej, sprawdzając wcześniej czy zgadzają się numery.

Udało się. Czekamy już przy bramce na wejście na pokład.

Kart pokładowych nie sprawdza tu jednak obsługa lotniska, tylko  wojsko. Idziemy dalej. Już w rękawie macanko numer cztery, ostatnie sprawdzenie paszportu i jesteśmy na pokładzie samolotu.

Nasz lot trwał 45 minut.
 

piątek, 07 sierpnia 2015

Jak wygląda dostęp do internetu w Ladakhu to już zdążyliście się zorientować... Puste kafejki internetowe mówią same za siebie, do tego średnio przez połowę czasu nie mieliśmy prądu.

Łączność w Leh

Kawiarenka internetowa w czasach kryzysu internetowego.

Do tych katastrof doszła jeszcze jedna, otóż w noc po naszym powrocie z Tso Moriri przez Leh i jego południowe rejony przeszła mega ulewa która zabrała część drogi na Tanglang La którą to przełęczą jechaliśmy parę godzin wcześniej.

Pech chciał, że droga wyjazdowa z Leh do Manali też wiedzie przez Tanglang La. Zatem nie wyjechaliśmy z Ladakhu 4go sierpnia w nocy jak planowaliśmy, nie wyjechaliśmy też 5go. 7 sierpnia to ostatni dzień, kiedy moglibyśmy wyjechać i na czas dojechać do Delhi, dlatego wczoraj po tym jak powiedziano nam, że naprawa może potrwać nawet tydzień zaczęliśmy trochę panikować. Okazało się, że wszystkie loty do Delhi za milion dolarów również zarezerwowane.

Zdecydowaliśmy się pojechać w przeciwnym kierunku czyli do Kaszmiru. Wyjazd o 18, rano o 8 na miejscu. Przejechaliśmy 420km w 14 godzin, w nocy, drogami jakie widzieliście już na naszych zdjęciach. Kilka przełęczy, czasami asfalt, serpentyny, generalnie za bardzo nie wypoczęliśmy. Na szczęście dojechaliśmy cali, już wypoczęci zdążyliśmy poszwendać się po Srinagarze - mieście w którym się zatrzymaliśmy.

Jaki jest Kaszmir?
Muzułmański! Panów z brodami w luźnych ciuszkach widać na każdym kroku, kobiety z zasłonię

tymi twarzami też. Właśnie muezin za oknem wzywa do modlitwy, więc nie da się zapomnieć jaka religia tu panuje.
Niemniej wszyscy są bardzo mili. Zapytani zgadzają się na fotografowanie, odpowiedzą na pozdrowienie, uśmiechną się. Pomimo krótkiej tu bytności usłyszeliśmy już o separatystycznych zapędach Kaszmiru, gdyż jeden z panów z którymi rozmawialiśmy stanowczo stwierdził, że Kaszmir jest pod okupacją indyjską.

Srinagar zaczęliśmy zwiedzać od wycieczki po tutejszym jeziorze pełnym tzw houseboat-ów - łodzi na których można mieszkać. Popołudnie zeszło nam na starym mieście, które jako stały bywalec krajów muzułmańskich umieściłbym w pierwszej piątce.

Jutro już lecimy samolotem do Amritsaru, żeby wyrobić się z realizacją ostatnich kilku dni naszego planu.

Houseboat-y







Wąskie kanały Srinagaru.









Stare miasto...





























I coś dla ochłody...





Jakoś do tej pory nie składało się aby napisać coś o sercu Ladakhu czyli miejscowości Leh, ale to też głównie za sprawą ciągłych awarii internetu i braków prądu. Tutaj internet działa ciągiem maks 3 minuty. Ciekawe co by na to powiedzieła moja klasa... hehe zapewne tu na wycieczkę nie chcieliby przyjechać skoro internet praktycznie nie działa (aha a telofony WCALE! moj jest martwy od 17 dni).

Leh to miejsce wypadowe na wszystkie okoliczne trasy. Sami wracaliśmy do Leh cztery razy do naszego super hoteliku, gdzie nasz gospodarz Nepalczyk Bam, ma "many many working". A to buduje na parterze podporę, bo hotelik się zapada (!!!), a to usuwa nadmiar wody z dachu, a to ratuje świat przed zagładą w swoich kaloszach jak na pole, a nie do hotelu. Co ciekawe po dzisiejszej nocnej ulewie kiedy wyszliśmy na korytarz to można było od razu otwierać parasolki, bo z sufitu lała się woda...

Ale wróćmy do Leh. Miejsce turystyczne, sporo tu zagranicznych turystów, jak i Hindusów, którzy uciekają od monsunu w góry. Każda z uliczek to mnóstwo sklepików z pamiątkami, a jeszcze dodatkowo jest kilka bazarów z pamiątkami tybetańskimi. Oczopląsu można dostać. Sklepikarze co chwilę zagadują aby wciągnąć klienta do sklepiku i sprzedać mu paszminę. Narzekają, że w tym roku ruch turystyczny spadł o 50%. Niby z powodu trzęsienia ziemi w Nepalu, a to przecież hen hen stąd.

W Leh można zobaczyć pałac - coś w stylu tybetańskiej Potali, jest też urokliwa biała Shanti Stupa. Ale najciekawsza świątynia znajduje się w samym centrum Leh. Tutaj odbywają się nauki tybetańskiego buddyzmu. Można na nie trafić i spotkać dużo lokalnej ludności. Owe nauki poprzedzone są obiadem wydawany wszystkim, którzy uczestniczą w owych naukach. Na placu stoją wielkie gary z jedzeniem, a ludzie podchodzą z miskami po swoją porcję posiłku. Natomiast turyści mogą tu zjeść potrawę każdej kuchni świata - nawet BARSZCZ!!! Poza tym wszędzie jest coś takiego jak German Bakery, co oznacza że można tu kupić całkiem dobre ciasta, ciasteczka, a nawet pieczywo. W końcu nie jestem skazana na omlety jajeczne, mogę do woli jeść bułki z serem z mleka jaka. Muszę przyznać, że ser z jaka bardzo mi smakuje, bo ma super wyrazisty smak.

Czas na kolejne miejsce godne odwiedzin w Ladakhu - jezioro Moriri. Początkowo mieliśmy jechać nad to jezioro robiąc pętlę, ale okazało się że droga jest nieprzejezdna z powodu osuwiska ziemi, więc musieliśmy odbyć tę samą drogę w obie strony i dwa razy wjeżdżać na przełęcz Taglang La o wysokości 5300m n.p.m. No i oczywiście ponownie trzeba było odczuć problemy z oddychaniem. Trasa nad Moriri prowadziła po drodze wyrąbanej w stokach górskich. Utrzymanie przejezdności drogi to nie lada wyczyn. W każdej chwili coś może zjechać/spaść z góry i ją zatarasować, coś może zjechać w dół i część drogi po prostu zabrać. Podziwiam ludzi, którzy nawet powyżej 5 000 m n.p.m. pracują aby usprawnić ruch. Co ciekawe przy pracach drogowych bardzo licznie pracują kobiety. Często musieliśmy jechać serpentynami, a dookoła nas był iście księżycowy krajobraz z porozrzucanymi tysiącami mniejszych i większych głazów.

Nad mniejszym jeziorem Tso Kar trafiliśmy na najprawdziwszy gejzer. Widać, że pod ziemią znajduje się całkiem nieduży zbiornik wody oraz dość wysoka temperatura, bo gejzer wyrzuca wodę bez przerwy i to dosyć gorącą, bo oczywiście próbowałam wejść jak najbliżej owego cuda natury i aż sobie stopy poparzyłam. Ale czego nie robi się w imię nauki i geograficznego eksperymentu. Dookoła można było również zobaczyć gazowe wyziewy spod ziemi, a także podłoże zabarwione od wydobywającej się siarki. No i mamy dowód na to, że teren jest aktywny geologicznie. Nie da się ukryć Himalaje na pewno wciąż rosną!!!
Po ponad 8 godzinach jazdy dotarliśmy nad jezioro Moriri, które z miejsca urzekło nas kolorystyką. W zachodzącym słońcu jezioro było granatowe, niebo od zbliżającej się burzy również, natomiast kolory jeziora kontrastowały z zielonymi polami zbóż, czy też górami w kolorze pomarańczowym, z których część była pokryta śniegiem (większość tych gór sięga powyżej 6000m n.p.pm).
Mieszkańcy wioski Korzok w której się zatrzymaliśmy na noc doświadczeni trudami tutejszego klimatu mają niezwykłe wyostrzone rysy i ogorzałą twarz. Przede wszystkim rzuca sie to w oczy w przypadku dzieci. Starsze kobiety zajmują się przędzą z wełny tutejszych kóz, z której później powstanie słynna indyjska (niestety droga) paszmina.

Przełęcz Tanglang - 5328m npm



A to już Korzok, wioska nad jeziorem, panie przed naszym "hotelem"





But pod zderzakiem chyba przynosi szczęście, bo widzielismy takich wiele.



I samo jezioro...







Ania i gejzer...





Po drodze...















sobota, 01 sierpnia 2015

Dziś mamy dzień spokojniejszy, czyli odpoczywamy. Nie znaczy to, że nie mamy się czym pochwalić na blogu. Pojechaliśmy do jednego z bardziej rozpoznawalnych klasztorów w Ladakhu.

Jak ktoś oglądał film "Samsara" to dosyć na początku filmu jest scena grania na tybetańskich trąbach, potem mali mnisi biegają wokół młyna modlitewnego a następnie jest scena na której widać złotą głowę wielkiego Buddy. Sceny te były kręcone właśnie w klasztorze Thiksey.

Znajduje się on kilkanaście kilometrów od Leh, więc dziś pojechaliśmy tam.



piątek, 31 lipca 2015

W Ladakhu możliwości odbycia trekingu jest bardzo wiele. Zależą one tylko od posiadanego czasu, kondycji i zasobności portfela. Najkrótsze są 2-3 dniowe, najdłuższe trwają nawet 3 tygodnie. W niektórych spi się po domach, w innych wymagany jest namiot i sprzęt campingowy.

My wybraliśmy prosty Sham Trek (zwany tu "baby trek") - prosty trekking z miejscowości Likir do Temisgam. Nie wymagał on wynajmowania przewodnika (chociaż niektórzy turyści wynajęli) oraz posiadania namiotu, gdyż spaliśmy po domach (homestay-ach) w wioskach po drodze.

W 3 dni przeszliśmy ponad 40km, 5 przełęczy, trasa wiodła poprzez wioski: Likir, Yangtang, Hemis Skupachan, Ang, Temisgam i rozkładała sę pomiędzy wysokościami 3500 i 3900m npm.
Gospodarstwa w których spaliśmy zapewniały również wyżywienie oraz juz za darmo możliwość poznania lokalnych obyczajów.

Co tu więcej pisać, zobaczcie sami.

Klasztor w Likir

Zachód słońca, jeszcze przed wyruszeniem w drogę

Mali mnisi w przyklasztornej szkole częstują herbatą

Wyruszamy

Pierwsza przełęcz

Widoczki z pierwszego dnia marszu

Drugi nocleg, wioska Yangtang

Dzień trzeci treku, drugi dzień marszu

Dochodzimy do wioski Hemis Skupachan

Drabina do nieba

Stare drzewa jałowca

Mały jaczek

Nasza gospodyni w swoim królestwie. Kuchnie we wszystkich domach wyglądały podobnie - dużo garnków, garnuszków, kubeczków na widoku. A gotują i tak przeważnie w szybkowarach.

Dzień czwarty, trzeci dzień marszu

N-ta przełęcz

Lokalny transport osiołkowy. Można je też wynająć do niesienia plecaka.

Skakać czy nie skakać?

Ania trawersuje stożek piargowy

Ostatnia, piąta przełęcz

Pasterz i jego kozy

Ostatnia wioska - Temisgam

Tak, to są kupy... pozbierane na opał zimą

Transport osiołkowy raz jeszcze

Jego Świętobliwość Dalajlama XIV wiedział, że jesteśmy właśnie w Ladakhu i przyjechał do Leh...
A tak na serio, Dalajlama raz do roku odwiedza Ladakh, jako że jest to niemalże jedyne miejsce na Ziemi gdzie rdzenna ludność wyznaje Buddyzm Tybetański. Wszak do samego Tybetu wstępu Dalajlama nie ma.

Dla wyznawców buddyzmu Dalajlama jest wcieleniem samege Buddy i poprzednich trzynastu Dalajlamów, dlatego takie wydarzenie jak jego wizyta jest traktowane tu z wielką powagą.
Niestety jego wykłady nie zgrały się z naszym planem i poszliśmy tylko zobaczyć uroczysty przejazd Dalajlamy z lotniska do klasztoru Spituk.

Oprócz nas, Jego Świętobliwość była witana przez tysiące Ladakijczyków, którzy na tą okazję ubrali swoje najokazalsze stroje.

I teraz ciekawostka: Wiecie, że tylko dwóch ostatnich Dalajlamów zostało sfotografowanych?
Policzcie sami, pierwszy Dalajlama urodził się w 1391 roku, teraz mamy dopiero czternastego. Tylko dwóch ostatnich: trzynasty i obecny sprawowało urząd po wynalezieniu fotografii!



niedziela, 26 lipca 2015

Dziś pojechaliśmy jeszcze raz do klasztoru Takthok. Byliśmy tam już 2 dni temu w drodze z jeziora Pangong.

Celem naszej wizyty był festiwal, który się tam odbywał. Nigdy wcześniej nie byliśmy na takim festiwalu więc nie wiedzieliśmy czego się spodziewać.

Festiwal okazał się czymś w rodzaju naszego odpustu z rozbudowaną częścią artystyczną. Przyszło wielu miejscowych, ale i wielu turytów. Ci ostatni mogli się zarejestrować, płacąc 1000 rupii i dostając za to gwarantowane miejsce w namiocie chroniącym od słońca... Nie skorzystaliśmy.Zdjęcia poniżej:

 

Nie wiem jak się nazywają panowie na poniższym zdjęciu, ale samo zdjęcie nazwałem: "Carl Lagerfeld i przyjaciele"

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 30
| < Grudzień 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
        1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
11 12 13 14 15 16 17
18 19 20 21 22 23 24
25 26 27 28 29 30 31
Tagi
statystyka