Kategorie: Wszystkie | opowieści Ani | opowieści Pawła
RSS
środa, 03 sierpnia 2016

Pamiętacie film "Miedzy słowami"?

Tam Bill Murray przyjechał do Tokio, aby nagrać dla Japończyów spot reklamujący japońską whisky. 

Okazało się, że firma Suntory naprawdę istnieje i na dodatek jest największym producentem whisky w Japonii. Zastanawiacie się pewnie, skąd whisky w Japonii? Otóż tak się składa, ze trunek ten jest tu bardzo popularny, a co lepsze tutejsze produkty należą do czołówki światowej. Trudno mówić o zwycięzcach, jeśli w grę wchodzi smak, niemniej zdarzały się konkursy ogólnoświatowe, gdzie japońskie whisky wygrywały. A co ciekawsze, japońskiej whisky jest bliżej do trunków szkockich, niż na przykład amerykańskiej whiskey, czyli burbonom. Burbon jest robiony z kukurydzy, whisky z jęczmienia, zarówno szkocka jak i japońska. Ponadto tutejszy wilgotny klimat tez ma wpływ na jakość tutejszych wyrobów.

Tak samo jak w Szkocji, w Japonii znajdziemy whisky mieszane (blended) oraz single malt.

Jedna z destylarni whisky należąca do koncernu Suntory znajduje się tuż pod Kioto, w miejscowości Yamazaki, co okazało się doskonałą okazją aby tam pojechać. Zresztą nie był to przypadek, wizytę tą planowaliśmy od dawna, od dawna też byliśmy zapisani na wycieczkę po zakładzie produkcyjnym.

Wycieczka okazała się strzałem w dziesiątkę. Najpierw pokazano nam jak wygląda proces w teorii, a następnie odprowadzono po zakładzie, gdzie mogliśmy zobaczyć wszystkie procesy powstawanie whisky, czyli fermentację, destylację oraz leżakowanie. 

Ostatnim punktem programu była degustacja. Mieliśmy okazję spróbować 3 rzadkich trunków, wszystkie z rodzaju single malt. Ilości były dosyć konkretne, szczególnie, że pora konsumpcji poranna, a za oknem temperatura sięga 30 stopni.

 

I tak lekko zawiani pojechaliśmy oglądać bramy tori w Inari, które rownież przedstawiamy poniżej.

Ps. Z whisky w Japonii to jeszcze nie koniec. Za tydzień na Hokkaido mamy w planie zobaczyć destylatnię Nikka.

wtorek, 02 sierpnia 2016

Dzisiejszy dzień przeznaczyliśmy na zobaczenie sporej ilości świątyń buddyjskich i szintoistycznych znajdujących się w Kioto. Jednak  chyba najciekawszą częścią dzisiejszego dnia była wizyta w dzielnicy Gion i polowanie na prawdziwe maiko i geiko. Dlaczego piszę prawdziwe? A to dlatego, że w ciągu dnia można spotkać "przebierańców" czyli glównie turystki, które w licznych studiach przeobrażają się w maiko i potem robią sesję na ulicach Kioto. 

Prawdziwe maiko i geiko można spotkać w dzielnicy Gion po godzinie 17 kiedy śpieszą się do pracy w licznych herbaciarniach. Nie zatrzymują się absolutnie do zdjęcia, tylko szybciutko przemykają uliczkami. trzeba być czujnym, aby zrobić zdjęcie. Spora część z nich wyjeżdżała na spotkania taksówkami z domów szkolących gejsze. Najlepiej znaleźć dom maiko i geiko czyli tzw. okiya i tam czatować. Nam udało się takie miejsce i widzieliśmy kilka maiko i ze dwie geiko. 

No właśnie.... ale kto to maiko i geiko???

Są to kobiety, ktore mają zdolności artystyczne - zabawiają gości rozmową, grą na instrumentach, tańcem, śpiewem, prowadzą ceremonię parzenia herbaty.

Maiko - to uczennica na geiko. Łatwo ją rozpoznać, bo wyrożnia ją kilka cech ubioru i fryzury:

- ma kimono z długimi rękawami, które jest tym bardziej wzorzyste im maiko ma mniej doświadczenia.

- długi pas obi zwisa z tyłu kimona swobodnie

- bogate zdobienia fryzury, najczęściej kwiatowe

- klapki okobo na 10-15cm koturnie

- twarz i szyja są pobielone, ale im mniejszy staż tym więcej koloru czerwonego

- usta są pomalowane czerwoną szminką (w pierwszym roku stażu pomalowana jest tylko dolna warga)

- zawsze fryzury są z własnych włosów, nie noszą peruk

Natomiast po około 5-letnim kursie maiko staje się geiko. 

- kimono nie jest tak wzorzyste

- pas obi nie zwisa, a jest zwinięty w kostkę

- fryzura jest tak skomplikowana, że geiko często noszą peruki

- kołnierz jest zawsze biały

To tak oczywiście w skrócie, bo elementów jest zdecydowanie więcej. Tak mi się to polowanie podobało, że mam zamiar tam jeszcze wrócić.

Teraz kilka fotek maiko


Maiko zamyka drzwi herbaciarni

A teraz geiko odwożona eleganckim samochodem z szoferem

I jeszcze jedna geiko mknąca uliczka w Gion

No i dziejsze światynie. Tutaj Złoty Pawilon w Kinkakuji

 

Świątynia szintoistyczna Shimogamo

Ogrody Ginkakuji

A to element wieczornego stroju do wyjść "na miasto" wielu Japończyków - letnie bawełniane kimono zwane yukata

i damskie

Dziś przyjechaliśmy do Kioto. Przejazd z Hakaty zajął nam cały dzień, gdyż po drodze zatrzymalismy się na kilkugoodzinny postój w Hiroszimie.

W Hiroszimie zwiedzanie ograniczyliśmy do samych miejsc pamięci po wybuchu pierwszej bomby atomowej. Może zabrzmi to dziwnie, ale niestety zabytki poatomowe w Hiroszimie uważamy za nieco przereklamowane. Wczoraj byliśmy w Nagasaki i tam, z racji mniejszej Ilości turystów odwiedzających miejsca pamięci i muzeum przestrzeni osobistej było tak w sam raz. Było miejsce czas na zadumę, nikt się nie przepychał. W Hiroszimie turystów jest tyle, ze w muzeum przypadały 4 osoby na metr kwadratowy, wszyscy stali w długim korku. Były zdjęcia po wybuchu, kopia bomby 'Little boy', zatrzymane zegary, wypowiedzi naocznych świadków puszczane w tv... Ale co z tego, skoro nie dało sie tego spokojnie zobaczyć. Niemniej stojąca tuż obok sama sławna już kopuła budynku, który będąc niemalże w epicentrum wybuchu przetrwał go, robi wrażenie.

 

Z Hiroszimy pojechaliśmy pociągiem podmiejskim oraz promem na oddaloną o kilkanaście kilometrów wyspę Mijadżimę. To, piękne miejsce, niestety licznie też oblegane przez japońskich turystów, znanejest miedzy innymi z bramy 'tori' stojącej w morzu tuż przy brzegu. Nam trafił się odpływ, wiec mogliśmy podejść i dotknąć samej bramy, jak zreszta tysiące innych turystów tego dnia.

Na wyspie jest jeszcze jedna atrakcja, tym razem mobilna. Mianowicie wsród turystów przechadzają się daniele - małe jelonki, które zasmakowały w ty co mają ze sobą turyści. Lubią papierowe broszury, bilety wstępu, a najbardziej smakują im mapy. Widzieliśmy wiele sytuacji jak jelonek podchodził do zapatrzonego w telefon turystę i brał a następnie zjadał, to co uważał za smaczne i atrakcyjne.

 

 

niedziela, 31 lipca 2016

Dzisiejszy dzień przysporzył nam wiele wrażeń. Zaczął się nie do końca fortunnie gdyż chcąc jechać z Hakaty do Nagasaki wsiedliśmy przez pomyłkę do pociągu podmiejskiego jadącego w przeciwnym kierunku. Na szczęście udało sie wrócić na czas i wsiąść już do dobrego pociągu.

W Nagasaki mieliśmy obrane 2 cele: zobaczyć muzeum bomby atomowej oraz popłynąć na wyspę Haszimę.

9 sierpnia 1945 roku Amerykanie zrzucili na Nagasaki drugą po Hiroszimie bombę atomową, wiekszą niż ta pierwsza. Paradoksalnie Nagasaki było celem zapasowym, po fabryce zbrojeniowej niedaleko Fukuoki. Niestety dla mieszkańców miasta, nad fabryką były gęste chmury i mimo trzech przelotów bombowiec udał się nad cel zapasowy. Bomba wybuchła 500m nad centrum miasta, a dokładnie nad kościołem katolickim i więzieniem. W wyniku wybuchu zginęło ponad 150 tysięcy ludzi.

Dzis w Nagasaki w okolicach epicentrum znajduje sie Park Pokoju, oraz wspomniane już Muzeum Bomby Atomowej, gdzie można zobaczyć replikę samej bomby, ale i wiele przedmiotów znalezionych po wybuchu, miedzy innymi zegary, na których czas zatrzymał się na godzinie 11:02 – godzinie wybuchu.

nagasaki003

nagasaki002

nagasaki001

Z drugim celem naszej dzisiejszej wyprawy mieliśmy mały problem, bo wycieczki na wyspę Gunkandżimę, znanej też Haszimą są bardzo obłożone. Tym bardziej, że Japończycy, którzy, mają teraz wakacje rezerwują je z dużym wyprzedzeniem.

My nie znając naszego planu rezerwacji nie mieliśmy, dopiero dziś zapisaliśmy się w jednej agencji na listę rezerwową. Niestety żadne miejsce się dla nas nie zwolniło i jak już zrezygnowani szliśmy nabrzeżem, natrafiliśmy na inny statek, który tez zbierał ludzi na Haszimę i szcześliwie dla nas niemalże z marszu znaleźliśmy się na pokładzie.

Gunkandżima to wyspa długości 480 m oddalona o 18 km od Nagasaki. W IXX wieku znaleziono na niej węgiel i koncern Mitsubishi zaczął tam sprowadzać robotników, którzy go wydobywali. W szczytowym momencie wyspa wygladała jak małe miasto i mieszało tam ponad 5 tysięcy ludzi. Wydobycie przerwano w 1974 roku i wyspę opuszczono. Wycieczki odbywają się dopiero od kilku lat.

Wyspa zasłynęła rownież w 2012 roku po tym jak została wybrana jako plan filmowy do "Skyfall" - filmu z Jamesem Bondem. To tu Silva trzymał swoje super komputery, które używał do cyberterroryzmu.

 

 

16:08, geoanja
Link Dodaj komentarz »
sobota, 30 lipca 2016

Dzisiejszy dzień postanowiliśmy spędzic w Kagoshimie, a dokładniej na wyspie Sakurajima, 
na której znajduje się wulkan o tej samej nazwie. Pierwszy raz pojechaliśmy słynnym 
szybkim pociągiem shinkansenem, który trasę pokonywał z zawrotną prędkością 230km/h. 
Niesamowity był rytuał, przed wjazdem pociągu na peron, gdyż czekali na niego w 
odpowiednim szyku konduktorzy, a gdy pociąg wjeżdżał zaczęli mu salutować! Tak w ogóle to 
konduktor wchodząc i wychodząc z wagonu wszystkim się kłania. niesamowite to jest.
Pociągiem przejechalismy z Hakaty do Kagoshimy w czasie godziny i 45 minut. Niewiele można było zobaczyć, bo trasa głównie szła pod ziemią. w Kagoshimie wsiedliśmy na prom na wsypę.


Wulkan Sakurajima pierwszą wielką erupcję miał 13 tys. lat temu w wielkie zalenej wodami 
morskimi kalderze, która z kolei jest pozostałością po wulkanie 29 tys. lat temu. Lawa 
wulkanu jest bardzo kwaśna, a więc mało płynna dlatego też dść często zatyka komin 
wulkaniczny co prowadzi do  gwałtownych wybuchów lub trzęsień ziemi. Okoliczne tereny 
pokryte są białym popiołem wulkanicznym. Mówi się, ze ludzie na co dzień mają ze sobą 
parasolki nie tylko na deszcz czy słońce, ale i również opad pyłu wulkanicznego. Natomiast 
dzieci do szkoły chodzą nawet w kaskach. sami widzieliśmy wiele punktów przy drodze gdzie 
lezą żółte worki, do których mieszkańcy składują zebrany pył, który potem jest wywożony. 


W XIX w. wulkan drzemał, aż w 1914 r. doszło do wielkiej erupcji, która z wysepki 
utworzyła półwysep. W ciągu kilku poprzedzających dni miało miejsce kilkanaście trzęsień 
ziemi. 11 stycznia 1914 r. miał miejsce wybuch. Powstała kolumna materiałów 
piroklastycznych, złożona z popiołów i dymów oraz lawiny piroklastyczne, spływające po 
zboczach. Po wielkim trzęsieniu ziemi 13 stycznia, w czasie którego zginęło 35 osób, 
erupcja zmieniła charakter. Nastąpił wypływ lawy, który trwał kilka miesięcy. Potoki lawy 
znacznie powiększyły wysepkę, połączyły z nią kilka mniejszych, a w końcu połączyły ją z 
półwyspem Ōsumi wąskim przesmykiem.Od 1955 roku wulkan jest bardzo aktywny. Rocznie zdarza mu się aż 800 różnych erupcji. Hmm  tylko w tym roku jest dość kiepsko, bo było ich dopiero 47. Ostatnia duża w lutym tego roku, gdzie wulkan wylewal gorące potoki lawy. Jak na złość dzisiaj mogliśmy go oglądać w  pieknej pogodzie bez jednego choćby dymka. Podobno sporo pyłów wyrzucił pięć dni temu, co było widoczne na ulicach, liściach... mnie pozstało napakować zapasu pyłu wulkanicznego lekkiego niczym piórko....

Jeden z shinkansenow

Konduktorzy w szyku czekają na przyjazd pociągu

Wnętrze wagonu

Współpasażerka

Wulkan Sakurajima widziany z promu

Różne rodzaje pyłu

Pył pod mikroskopem

A takie rzodkwie na tym pyle hodują

Pył sprzed 5dni

Wulkan w pięknej pogodzie... niestety nie dymi...

Kierowca autobusu

worki z zebranym pyłem przez mieszkańców

Robal.. pancerzyk i to co z jego wyszlo

Dzień kończę nad michą miso

piątek, 29 lipca 2016

Od rana jesteśmy w Fukuoce - mieście na północy wyspy Kiusiu.

Przypłnęliśmy tu dziś rano promem z Busan. Sama podróż już była ciekawa, gdyż jak wspomniałem wybraliśmy statek zamiast samolotu. Okazało sie, że byliśmy jedynymi białymi na całym promie, reszta to Koreańczycy, Japończycy i Chińczycy. Sam prom japoński, wiec i po japońsku był urządzony. Co rusz to automat z napojami, sala do karaoke, a do bufetu można było pójść po uprzednim wybraniu i opłaceniu w automacie co chcemy zjeść. Nawet jedyną lazienką jaka była, była prawdziwa japońska łaźnia w stylu onsenu, czyli na golasa szorujemy sie do czysta i wskakujemy nago do basenu z gorącą wodą. Armator przybrał ciekawą metodę obsługi turystów, gdyż na prom wsiedliśmy o godzinie 19:30, a dopiero o 22:30 statek wyruszył z Busan. Przez te 3 godziny pasażerowie zdążyli swoje zjeść i wypić, a większość nawet do tego czasu już wykąpana leżała grzecznie w łóżeczkach.

Płynęlismy klasą drugą wiec w 12 osobowej sali mieliśmy posłania na podłodze. Niemniej wyspaliśmy sie całkiem dobrze, zresztą od 5 rano prom stał już w porcie Hakata, ale wypuszczono nas dopiero po 7 jak pasażerowie zostawili pieniądze w bufecie jedząc śniadanie.

Caly dzień spędziliśmy na spacerze po Fukuoce a dokładniej Hakacie, gdzie doswiadczylismy trochę zabytków w postaci kilku świątyń, ale odwiedziliśmy też tzw. Canal City, czyli duże centrum handlowe.

Jakie są nasNewly repainted rooms, shared squats a little whiffy. Marked ‘Heloo Welcom Youth Hostel’. Read more: http://www.lonelyplanet.com/iran/western-iran/tabriz/hotels/masoud-guesthouse#ixzz4FbjTINV6ze pierwsze wrażenia? Po Korei niestety nie doznaliśmy jakiekoś wielkiego szoku kulturowo cywilizacyjnego. Oba kraje są podobne, z małymi różnicami. W Japonii widzimy większy wybór jedzenia, ale jest też ono trochę droższe. Tańsze za to są dobra luksusowe jak słodkie napoje w automatach, kawa, wino w sklepie (w końcu australijski cabernet w polskiej cenie kilkunastu zł). Kraj wydaje się być bardzo nowoczesny, np poprzez osławione elektryczne toalety, ale ta nowoczesność wydaje się mieć już kilkadziesiąt lat i wyglada na nieco zużytą. Przykładem mogą być kilkunastoletnie taksówki - toyoty crown (jak ktoś był w Hongkongu, to tam jeżdżą takie same), które mają automatycznie otwierane tylne drzwi pasażera.

Ps. Od jutra za to zaczynamy dalekie wyprawy za miasto, bo zaczyna działać nasz Japan Rail Pass.

Nasz prom

fukuoka003

Prom japonski z kilkoma pokładami

fukuoka002

Kajuta na 12 osob

fukuoka006

Przepływamy pod mostem

fukuoka005

Paweł ma nowych kolegów

fukuoka004

Jedna ze świątyń w Fukuoce

fukuoka007

I kolejna...

fukuoka012

A tu taki dziwny rydwan

fukuoka011

Pierwsza brama - Torifukuoka009

Karteczki z życzeniami

fukuoka013

Kot - strażnik

fukuoka010

Obrażony mąż...fukuoka008

Japonka w kwiecistym stroju

fukuoka015

Menu w restaurcji w ktorej jedliśmy

fukuoka016

Restauracja z otwartą kuchniąfukuoka017

środa, 27 lipca 2016

Miasto Busan, a wlasciwie po polsku Pusan (po koreansku chyba wszystki jedno, bo oni tlumaczas z alfabetu hangul na lacinski nie rozrozniaja P od B) bardzo mile nas dzis ugoscilo.

Na poczatek pokazalo nam jedna ze swoich dzielnic zwana "Gamcheon Culture Village" ktora wygladala jak wyciagnieta z bajki. Wyglada na to, ze awangarda Busanu prezentuje tam swoje talenty, sciagajac przy tym turystow. Ciezko nie dostac tam oczoplasu, tak wszystko kolorowe i tak wiele tam atrakcji. Male galerie, mini muzea, sklepiki z rekodzielem, zdobione budynki, to wszystko w jednym miejscu. A poza glowna uliczka w kolorowych domkach normalnie mieszkaja Koreanczycy. 

 

Nastepnie zeszlismy do tak zwanego downtown (co tu z jednej strony ma wymowe doslowna, bo zeszlismy nad morze, z drugiej jednak strony miasto rozlozone jest na bardzo duzym obszarze pomiedzy gorami i centrow jest tu przynajmniej kilka), gdzie mielismy w planie 2 atrakcje. Pierwsza to BIFF square, gdzie BIFF to skrot od 'Busan International Film Festival' (stad tez czasami pisza PIFF). Festiwal jest bardzo miedzynarodowy, bo w alei gwiazd swoje dlonie odbili nawet nasi rodacy: Krzysztof Zanussi i Agnieszka Holland.

 

W Korei wszystko mozliwe, wiec jakies 500m od placu BIFF jest najwiekszy w Korei targ rybny: Jagalchi Market. Sa to 3 aleje dlugosci okolo 100m ze straganami na ktorych sprzedaje sie glownie zywe ryby, kalmary, jezowce, langusty, osmiornice, krewetki, kraby i inne zyjatka morskie reprezentujace pewnie z 3/4 morskiego swiata. Zreszta internet pisze, ze przez ten targ przechodzi od 30 do 50% handlu owocami morza w Korei.

 

No ale to nie koniec. Wisienka na torcie dzisiejszego zwiedzania byla wizyta w wiezy Busan Tower, ktora sama stojac na wzgorzu daje mozliwosc wzniesienia sie o kolejne 120 metrow. Popoludniowa pogoda okazala sie piekna, widocznosc znakomita. Zreszta zobaczcie sami.

 

wtorek, 26 lipca 2016

Dzis pojechalismy do Gyeongju - miasta oddalonego od Busan o niecale 80km, czyli 20 minut metrem i 50 minut autobusem.

A dlaczego wlasnie tam? Otoz miasto to generalnie jest bardzo mile w odbiorze, a na dodatek cale najezone jest zabytkami, swiatyniami i innymi ciekawymi miejscami, z ktorych kilka wpisanych jest na liste swiatowego dziedzictwa kultury UNESCO.

Wizyte zaczelismy od oddalonej o kilkanascie kilometrow od miasta swiatyni Bulguksa - byla to pierwsza czynna (z mniszkami) swiatynia w Korei jaka widzielismy.

Nastepnie wrocilismy do miasta i spacerem przeszlismy tzw. park historyczny czyli obszar mniej wiecej 2x2km w ktorym jeden zabytek goni drugi. Ograniczylismy sie do wejscia do Palacu Donggung nad stawem Wolji oraz wioski Hanok.

Troche w zwiedzaniu przeszkadzal nam dzis straszny upal, bo w cieniu temperatura siegala 35 stopni. Nie pamietam kiedy ostatni raz doswiadczylismy takiej temperatury, ale w sloncu naprawde ciezko bylo nawet isc swobodnie.

A co widzielismy, pokazujemy i Wam. Zobaczcie zdjecia!

Brama wejściowa do świątyni Bulguksa

świątynia Bulguksa

Barwne wykończenia

Jedna ze świątynek w kompleksie

Czerwone kolumny

Lampiony z życzeniami

Kolorowe detale

Kolejna świątynka w kompleksie ze... świnką

 

Wielki dzwon

Swiątynia Bulguksa

Staw z lotosami

Pałac Donggung 

Liczne kurhany a w tle góry

Most w trakcie renowacji

poniedziałek, 25 lipca 2016

Nastapila mala zmiana planow w stosunku do tego co umiescilismy w planie i jestesmy juz w Busan. Przylecielismy dzis popoludniowym samolotem. Ale mialo byc o kuchni...

Okazalo sie, ze koreanaskie smaki sa inne niz wszystkie, ktore dotychczas znalismy. Mamy w Polsce kuchnie orientalna, ktorej glownym przedstawicielem sa Chinczycy i Wietnamczycy, znajdzie sie gdzie niegdzie restauracja tajska, wiele jest japonskich. Ale kuchnia koreanska?

Podobno w Krakowie jest jakas restauracja, moze dwie, ale osobiscie nie jestem w stanie wskazac gdzie. Znaczy po powrocie juz pewnie znajdziemy adres, bo tutejsza kuchnia bardzo przypadla do gustu.

Ale co w niej takiego innego? Wszystko!

Przede wszystkim Koreanczycy uwielbiaja kisic. Nie tylko tak jak my kapuste i ogorki, ale wszelkiej masci warzywa i nie tylko. Dostajemy je czesto jako dodatki do dan, nawet o nie nie proszac. I tak mamy kimczi - kiszona kapuste pekinska z ostrymi przyprawami, mamy kiszone plasterki rzodkwi i... tak naprawde tyle udalo nam sie zidentyfikowac, a probowalismy co najmniej jeszcze kilku kiszonych dan. Widzielismy tez na bazarze kiszone kraby... nie probowalsmy.

Mozna by rzec, ze Korea restauracjami stoi. W kazdym miejscu w ktorym bylismy, czy to w Seulu, czy na Jeju, czy teraz w Busan, nie wazne czy droga czy tania dzielnica, zawsze znajdzie sie knajpka na kazda kieszen. I nalezy zwrocic uwage, ze jedzenie wcale nie jest drogie, bo zwazywszy na to, ze Koreanczycy zarabiaja kilkakrotnie wiecej od nas, jemy tu posilki w polskich cenach. I nie jest to fast food w polskim mniemaniu, tylko male restauracyjki i bary z lokalnym jedzeniem. Fast food-ow zreszta prawie wcale tu nie widac, przykladowo McDonalds co prawda ma koreanska strone www, ale osobiscie zadnego nie widzielismy.

Nalezy tez zwrocic uwage, ze widac tu rozgraniczenie pomiedzy restauracjami, ktore jako zapewniajace byt koreanskiemu ludowi sa relatywnie tanie, a kawiarniami ktore sa bardzo drogie. Przykladowo kawa, ktora jest tu towarem luksusowym w Starbucks (ktore znajduja sie tu praktycznie na kazdym kroku) lub innych 'modnych' kawiarniach kosztuje prawie 5$ czyli czesto wiecej niz placimy tu za posilek dla jednej osoby. Oczywiscie drozsze restauracje tez sa: hierarchia od posilkow domowych - najtanszych (najwiecej zaplacilismy ok 10$ za 2 osoby) wiedzie przez restauracje gdzie samemu sie przyrzadza jedzenie np grilujac mieso lub smazac plastry boczku z warzywami (koszt to od okolo 8$ za osobe wzwyz) po najdrozsze restauracje z rybami i innymi owocami morza. Tu ceny posilku, ktore widzielismy na stojakach wystawianych przez restauracje, zaczynaja sie od 30-40 dolarow za osobe.

Ale taniej nie znaczy gorzej, ale raczej bardziej zwyczajnie. Do wielu posilkow ktore jedlismy dostawalismy juz gratis dodatki, czyli kimczi i inne kiszone warzywa, male czarki z rosolem, marynowane grzyby.

A co jedlismy?

  • Kimbap - czyli zawijana w wodorost rolada w stylu sushi - ale zazwyczaj bez ryby a z miesem lub samymi warzywami.
  • Bibimbap - misa rozmaitosci - posiekane surowe warzywa z miesem wolowym i jajkiem.
  • Zupa wonton - najmniej dziwne danie, bo zupa w stylu wietnamskim z pierozkami.
  • Mul Naengmyeon - zupa lodowa - zupa z makarnem na zimno - plywal w niej jeszcze kruszony lod. 
  • Bulgogi - danie z ruzem i potrawka wolowa.
  • Jjinmandu - cos a'la pierogi, jeslismy z nadzieniem kimczi.
  • Yakimandu - to samo co wyzej ale smazone w oleju.
  • Bindaetteo - placek z kielkow i maki sojowej smazony na blasze.
  • 2 razy jedlismy dania przyzadzane na stole - raz byl to boczek z kurczakiem i kielkami soi, drugi raz plastry boczku wolowego i wieprzowego (duruchigi), ktory samemu smazy sie na gazowej blasze (samgyeopsal).

Jak te potrawy nam nie pasuja, zawsze mozemy pojsc do tzw. convenient store czyli sklepu w stylu polskiej zabki, ktorych tu jest kilkakrotnie wiecej a najbardziej znane marki to "Seven eleven" lub "CU25" - w kazdym takim sklepie jest kuchenka mikrofalowa plus dystrubutor z wrzatkiem, mozna przyrzadzic sobie samemi i zjesc np danie gotowe lub zupe typu ramen (cos ala znane w Polsce chinskie zupki, tylko 3x smaczniejsze) - koszt takiego posilku zaczyna sie od 1$. 

I jeszcze informacja dla najbardziej oszczedzajacych - zimna woda dostepna jest w kazdej restauracji za darmo, zreszta nie tylko tam, w hotelach, na dworcach rowniez.

I jeszcze taka informacja - kazda restauracja przyjmuje platnosci karta. Co ciekawe, nie jest wymagany ani pin, ani podpis. Koreanczycy zreszta maja do siebie duzo zauwania, wiele osob nosi karte platnicza oczywiscie numerem do gory np w przezroczystych etui na telefon, lub na szyi jak identyfikator.

PS. Dzis wpis bez polskich liter, bo mamy w pokoju koreanski komputer, na ktorym pisze sie lepiej niz na tablecie. Zamiast polskich liter wyskakuja tu koreanskie znaki!

Kimczi

kuchniakorei002

smazone pierozki

kuchniakorei001

Jemy na bazarze smazony placek

kuchniakorei003

Zupa lodowa. Zwroccie uwage na kruszony lod
kuchniakorei007

Zupa wonton

kuchniakorei008

Przygotowujemy sobie obiad

kuchniakorei010

Tu skladniki

kuchniakorei009

Tu ktos przygotowal za nas, ale na naszych oczach.

kuchniakorei005

Bibimbap czyli wszystko pomieszane.

kuchniakorei004

Wszystko co mozna ukisic.

kuchniakorei006

 

niedziela, 24 lipca 2016

Hallasan lub Halla – wulkan tarczowy na wyspie Jeju należącej. Leży na terenie Parku Narodowego Halla-san, który od 2007 r. znajduje się na liście światowego dziedzictwa UNESCO. Jest najwyższym szczytem wyspy oraz całej Korei Południowej. Ostatnia erupcja miała miejsce w 1007 r. Masyw Halla-sanu zajmuje całą powierzchnię wyspy i ma 1950 m npm.

Powstał w wyniku licznych erupcji w czasie pliocenu i plejstocenu. Zbudowany jest głównie z trachitu i bazaltu. Wierzchołek zakończony jest kraterem o średnicy ok. 400 m, w którym mieści się jezioro Pängnok-tam, co znaczy "miejsce, gdzie chodzi pić biały jeleń". Na zboczach masywy znajduje się ok. 360 stożków pasożytniczych, głównie zbudowanych z materiałów piroklastycznych, ale również kopuł wulkanicznych.

Tuz przed ostatnim odcinkiem do krateru 

Ekwipunek turystów

Krater

Krater

:)

Ścieżka tuż przed szczytem

A teraz przywialo chmury

Turysci

Panorama ze stozkiem pasożytniczym

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 30
| < Grudzień 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
        1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
11 12 13 14 15 16 17
18 19 20 21 22 23 24
25 26 27 28 29 30 31
Tagi
statystyka